Indiańskie forum

Forum o Indianach
Dzisiaj jest 13 grudnia 2019 17:29

Strefa czasowa UTC+1godz. [letni]




Nowy temat Odpowiedz w temacie  [ Posty: 8 ] 
Autor Wiadomość
Stasia
 Tytuł: Bolivia 1 czerwca - 20 sierpnia 2007
Źródło:
PostWiadomość wysłana.: 14 września 2007 18:55 
Offline
User

Rejestracja: 13 listopada 2006 18:38
Posty: 388
Płeć: Kobieta
Niniejszym przesylam sprawozdania z tegorocznego pobytu w Boliwii.

_________________
Umysl jest jak spadochron - lepiej dziala, kiedy jest otwarty.


Na górę  || 
 Wyświetl profil My Galeria Zdjęć  
 
Bot Reklamowy Reklama
 
Na górę
Stasia
 Tytuł: Bolivia cz. I
Źródło:
PostWiadomość wysłana.: 14 września 2007 18:57 
Offline
User

Rejestracja: 13 listopada 2006 18:38
Posty: 388
Płeć: Kobieta
Witajcie!!

Wybaczcie dlugie milczenie, ale - mniej-wiecej tydzien przed wyjazdem do Boliwii skontaktowali sie z nami ludzie z telewizji Discovery, dowiedzieli sie o wynikach naszych wykopek w Sampaya w ubieglym roku i chca przyjechac sfilmowac tegoroczne wykopki. No wiec kopiemy w tym samym miejscu jak wariaci, i za Chiny Ludowe nie mozemy znalezc takich fajnych grobow jak w zeszlym roku. Taki los.

W ogole caly wyjazd do ostatniej chwili byl pod znakiem zapytania, czek z druga polowa pieniedzy na wykopaliska dostalismy dwa dni przed wyjazdem. Tez co do Discovery to w dalszym ciagu nie wiemy, czy aby na pewno przyjada, i jesli przyjada czy zrobia jakas sciepke na nasz projekt czy nie (wypadaloby, bo beda zrec nasze ziemniaczki, pic wode ktora przyniesiemy na naszych plecach i ladowac swoje kamery naszym generatorem pradu).

Zaczne od nowin i plotek. Po pierwsze - w marcu zmarla nasza madrina Josefa, wiec cala rodzina w zalobie. Celestino zalamany. Josefa przed smiercia zaczela widziec jasniej, pogodzila sie z Marga, ostro opierniczyla swojego syna Pabla. Po drugie - komplikuje sie romans Valencji (corki Panfilo) i Freddiego (syna Guillermo). Po pierwsze, obie rodziny maja ze soba na pienku. (Jesli nie pamietacie, kilka lat temu jeden z braci Valencji spowodowal wypadek w wyniku ktorego Freddy poparzyl sobie twarz). Po drugie, Valencia ma 22 lata a Freddy 20, wiec rodzina Guillermo grzmi ze Valencia, jako kobieta dojrzala, oszukuje to niewinne dziecie jakim jest Freddy. Potem idzie dluga lista roznego rodzaju zarzutow przeciwko Valencji, jesli pytac rodzine Guillermo (wlaczajac w to naszego Pabla, jakby nie bylo szwagra Guillermo). Celestino (tesc Panfilo, a wiec dziadek Valencji) ma podobnie dluga liste zarzutow przeciwko temu nieodpowiedzialnemu smarkaczowi, ktory sie osmielil zawrocic w glowie Valencji. Ha. Sergito w dalszym ciagu nadziwic sie nie moze, ze tyle lat juz przyjezdza do Copacabany, i nigdy nie slyszy ludzi uzalajacych sie na biede, za kazdym razem problemy sa sercowe.

Kolejmy problem z rodzaju telenoweli to nasz drogi Antonio. Ciagle jeszcze widzi - co nieco - ale za to zona go z domu wyrzucila, podobno z powodu takiego jednego nauczyciela.

Uf. Z lzejszych nowin, chyba pisalam Wam w zeszlym roku o Xavierze z Sampaya. Doskwiera mu samotnosc, i podobno jakis czas temu oswiadczyl sie jednemu z muzykow z copacabanenskiego zespolu Inka Pacha (facet nosi dlugie wlosy, wiec biedny Xavier pomyslal, ze jest tej samej orientacji;). Ponoc zamiast odpowiedzi muzyk trzasnal go w buzie tak, ze w calej Copacabanie bylo slychac.

Biedny Xavier, jest taki uroczy ze swoimi dziewczecymi manerami. Przy okazji, jest dobrym przedmiotem pytania, czy homoseksualizm jest wrodzony czy nie. Xavier urodzil sie i wychowal w malej wiosce, gdzie nie sadze by znal innego faceta ktory by mu "swiecil przykladem"; tak samo, nie mozna powiedziec, zeby nauczyl sie tego typu zachowania z telewizji, bo takowej nie posiada. Z drugiej strony, Xavier nie ma zadnych braci a tylko jedna siostre, wiec mozna zalozyc, ze manier nauczyl sie od niej. Z trzeciej strony, jest wiele rodzin gdzie jest tylko jeden chlopak otoczony calym wianuszkiem siostr, i nie ma to wplywu na jego zainteresowania seksualne.

Pomijajac jego sklonnosci, Xavier jest bardzo dobrym robotnikiem, jest bardzo bystry, i dba o nas jak o wlasna rodzine - zawsze przynosi nam wode na miejsce wykopalisk, i czesto darowuje nam a to nieco bobu, a to ziemniaczkow, cebuli czy innych produktow ze swojego pola. Ze wzgledu na jego zapal i inteligencje, nasi ajmarscy przyjaciele - Pablo, Saturnino, Marga, Eusebio i Celestino - powaznie sie zastanawiaja nad tym, czy go nie wlaczyc do grona naszej rodziny Yaya-Mama jako kolejnego maestro. Chociaz nie moga powstrzymac sie od smiechu kiedy mowia, ze Xavier bylby idealna dokladka do naszego projektu, bo on jest dwa w jednym, Yaya (ojciec) i Mama (matka) w jednej osobie ;o)

Bardzo ciekawie jest obserwowac interakcje Xaviera z innymi ludzmi, np podczas wspolnych posilkow. Z reguly, kobiety siadaja w jednej kupce, mezczyzni w innej. Xavier siada gdzies posrodku, i zagaduje to do jednych, to do drugich, i zawsze rozsmiesza cale towarzystwo. Poniewaz cala rozmowa toczy sie w ajmara, trudno powiedziec czy Ajmarowie smieja sie razem z Xavierem czy moze z niego, ale na ogol ton rozmowy brzmi raczej przyjaznie niz drwiaco.

Z nowin spoza Copacabany, Boliwia grzmi o pomste do nieba, ze miedzynarodowa liga pilki noznej to sami rasisci. Rozchodzi sie o to, ze zostal wprowadzony zakaz grania miedzynarodowych meczy na wysokosci ponad bodajze 2500 m.n.p.m. Boliwijczycy nie potrafia zrozumiec, ze istnieje cos takiego jak choroba wysokosciowa. Pablo i inni nasi ajmarscy przyjaciele, za kazdym razem kiedy przyjezdzaja, wszelkie nasze problemy zdrowotne zrzucaja na "zimno". Jesli tylko zimno moze powodowac bol glowy, zadyszke, krew z nosa, u niektorych osob rzeczy takie jak utrate pamieci.... Taaak...

W nastepnym liscie chronologiczny opis wydarzen

SSC :)

_________________
Umysl jest jak spadochron - lepiej dziala, kiedy jest otwarty.


Ostatnio zmieniony 14 września 2007 19:01 przez Stasia, łącznie zmieniany 1 raz

Na górę  || 
 Wyświetl profil My Galeria Zdjęć  
 
Stasia
 Tytuł: Bolivia cz II
Źródło:
PostWiadomość wysłana.: 14 września 2007 18:58 
Offline
User

Rejestracja: 13 listopada 2006 18:38
Posty: 388
Płeć: Kobieta
Witajcie!!

No to teraz do opisu chronologicznego, 1 - 12 czerwca

Do La Paz dolecielismy 1 czerwca wieczorem. Nastepnego dnia - Entrada del Gran Poder, siedzielismy caly dzien (w ramach aklimatyzacji;) ogladajac kolejne grupy, wg programu wziely udzial 54 grupy, kiedy o polnocy sie wreszcie poddalismy, 10 grup jeszcze nie przedefilowalo przed naszym miejscem (wykalkulowalismy, ze kazda grupa przetanczyla okolo 10 godzin nonstop).

Kazda grupa ma kilkudziesieciu tancerzy i co najmniej 1 zespol muzyczny (na ogol 2-3). Tancerze placa za swoje stroje sami (do 1500$), ale jedzenie/napitki/zespoly muzyczne oplacaja tzw. pasantes. Kazda grupa ma po kilku pasantes, i kazdy pasante wydaje okolo 10000$. Taki sprytny sposob na pokazanie calemu ludowi, ze masz kupe pieniedzy - po fiescie jestes biedny jak mysz koscielna, ale masz doglebny szacunek wszystkich, a to jest w spolecznosci andyjskiej znacznie wazniejsze od dobr materialnych.

Do 5 czerwca biegalismy po La Paz - od Annasza (tj. dyrektora Narodowej Jednostki Archeologicznej) do Kajfasza (Wiceministerstwo Rozwoju Kultur), potem kupujac zarcie w El Alto itd.

Dopiero poznym wieczorem 5 czerwca dotarlismy do Copacabany. Nastepnego dnia rankiem - Dzien Nauczyciela, to znaczy, jak w ubieglym roku wyciagnieto nas zebysmy uczestniczyli w marszu razem z uczestnikami naszego programu edukacyjnego SAAD. Jak w zeszlym roku mnie dano sztandar naszego centrum SAAD, ale innowacja - za mna maszerowal Sergio z flaga boliwijska, obok niego jedna z uczestniczek SAAD z flaga ajmarska, i poza tym wszyscy uczestnicy mieli w rekach malutkie flagi ajmarskie.

W sobote 9 czerwca zostalismy rodzicami chrzestnymi, na sposob Swietlistego Szlaku (tzn na lapu capu:). Juz kilka dni wczesniej skontaktowal sie z nami Eusebio, ale zrozumielismy to tak, ze chrzest (jednej coreczki) mial sie odbyc tydzien czy dwa tygodnie pozniej. W piatek wieczorem - wiadomosc: chrzest jest nastepnego dnia. W sobote przychodzi Eusebio z zona Rosa i... DWOMA coreczkami. Dwie godziny przed chrztem pognalismy wszyscy na plac targowy, zeby zdobyc jakies biale sukienczyny dla dziewczynek (Magdalena ma 7 lat, Judith 5, obie w wieku w sam raz na chrzest, ktory przez Ajmarow jest traktowany glownie jako biurokratyczna formalnosc - dzieci bez swiadectwa chrztu maja problemy z dostaniem sie do szkoly).

Najzabawniejsze bylo to, ze jak juz bylismy w kaplicy, ksiadz popatrzyl na nas uwaznie i ukasliwie powiedzial, ze to prawdziwa przyjemnosc wreszcie nas poznac, bo zawsze widzi nas na ulicach Copacabany ale nigdy w kosciele!! :) Potem wymierzyl swoj paluch prosto we mnie i zagrzmial, ze to nasz swiety obowiazek, jako padrinos, zebysmy dbali aby nasze dzieci chrzestne wytrwaly w swietej wierze katolickiej i nie zeszly na zle drogi ewangelikow.

Nastepnego dnia dwoch zolnierzy chodzilo od domu po domu, wyslani przez kosciol katolicki, pytajac jaka wiare sie wyznaje. Sergio powiedzial im, ze w tym domu wyznaje sie religie Pacha Mama, i zaczal nawracac nieszczesnych zolnierzykow ;o) Jesli dotrze do to uszu ksiedza, gotow jeszcze chrzest anulowac, bo co to za chrzest z poganskimi rodzicami chrzestnymi ;o)

Nastepnych kilka dni spedzilismy leczac kaca (jak myslicie, co sie robi do 3 nad ranem po chrzcie, ktory skonczyl sie o 5 po poludniu???:) i usilujac uczyc dodawac najstarszego synka Pabla i Juany, Rodrigo alias Sergio alias"Mallkito"

Ile jest 4+2? Mhmmm...eeee... uhhh.... 6. Ile jest 2+4? Mhhhmmm... eeeee.... ummmm.... uhh... 6? 8+0? Mhhmmmm.... eeee... 9.

Jak sie okazuje, w szkole w Copacabanie nauczyciele wpadli na bardzo "ciekawy" pomysl. Uczyc 20 dzieci w klasie to za duzy wysilek, wiec pierwszego dnia w szkole dzieci sa dzielone na grupy: zdolnych, sredniakow i oslow. Mallkito, poniewaz lubi rozrabiac, zostal zaliczony do oslow. Znaczy to, ze nauczyciel nie zawraca sobie glowy probujac tlumaczeniem mu czegokolwiek, ze o poprawieniu bledow w zadaniu domowym nie wspomne.
No wiec dreczymy go matematyka dniami i nocami, i uczy sie calkiem szybko i bardzo chetnie.

A propos dzieci Pabla i Juany. Dawniej wszystkie zaliczaly sie do bandy rozryczanych bachorkow, teraz dwaj najstarsi - Mallkito (8 lat) i Ariel (5 lat) juz wyszli poza ten okres. Ariel jest spokojny i cichutki, duzo mysli. Mallkito jest bardziej aktywny, uwielbia rozmawiac, i kiedy mowi - fantastyczny gawedziarz. Do tego bardzo odpowiedzialny i zawsze mysli o wszystkich - np. kiedy kupi sobie czekolade to dzieli sie ze wszystkimi. Dwoje mlodszych - Estefany i Raymi - sa jeszecze na etape bycia rozryczanymi bachorkami, chociaz Estefany, jaki dziewczynka, jest nieco spokojniejsza. Tylko przez pierwsze dwa tygodnie naszego pobytu wpadala w ryk na widok amerykanskiej studentki Mary, bo wydawalo jej sie, ze to pielegniarka ze szpitala chcaca ja zaszeczepic :o)

C.d.n.
SSC

_________________
Umysl jest jak spadochron - lepiej dziala, kiedy jest otwarty.


Ostatnio zmieniony 14 września 2007 19:04 przez Stasia, łącznie zmieniany 1 raz

Na górę  || 
 Wyświetl profil My Galeria Zdjęć  
 
Stasia
 Tytuł: Bolivia cz. III
Źródło:
PostWiadomość wysłana.: 14 września 2007 18:59 
Offline
User

Rejestracja: 13 listopada 2006 18:38
Posty: 388
Płeć: Kobieta
13-30 czerwca

Witajcie!!

Od 13 czerwca siedzimy nonstop na wykopkach w Sampaya (noce spedzamy w namiocie tuz pod szczytem wzgorza gdzie kopiemy). Na poczatku spalilismy ofiare dla Mama Pacha, kiedy juz plonela, zobaczylismy dwa ptaki alqamari wzbijajace sie w powietrze - jeden to dobry znak, dwa to zupelnie fantastycznie, ale jakos nie widac tego na wykopkach, wiekszosc grobow jakie znalezlismy do tej pory zostala juz wczesniej wyrabowana, a te co sa nienaruszone to groby jakiejs kompletnej biedoty. Poza tym mamy szkielety-wedrowniczki: otwieramy nienaruszony grob - pusty, a kosci poniewieraja sie na zewnatrz ;o) (Kopiemy na cmentarzu, ktory byl w uzytku od okolo 3000 pne do co najmniej 1000 ne, jesli nie 1400 ne - to najstarsze groby znalezione w ubieglym roku tak bardzo podniecily kanal Discovery).

19 czerwca odwiedzili Sampaya turysci, z okazji obchodow Ajmarkiego Nowego Roku. Impreza zorganizowana przez Bog wie kogo - turysci mieli okazje zwiedzic wszystkie miejsca archeologiczne polwyspu Copacabana, zarznieto dla ich uciechy lame w samo poludnie Nowego Roku (tradycyjnie obchody Ajmarskiego Nowego Roku sa o wschodzie slonca, no ale przeciez turysci nie obudza sie o tak nieludzkiej porze), a w Sampaya oprocz ruin atrakcja turystyczna byly tance mlodziezy szkolnej i kolacja przygotowana przez mieszkancow Sampaya. Kazdy turysta zaplacil ok. 80$ za dzien. W Sampaya, tancerze dostali po 15 Bolivianos (2$) na lebka. Za kolacje Sampajenczycy dostali 3 Bs (0.40$) za kazdego turyste. Gdzie podzialo sie pozostale 77.60$, to pytanie warte glebszych badan, zwazywszy ze transport turystow z La Paz i po calym polwyspie nie powinien kosztowac wiecej niz jakies 20$ na osobe.

21 czerwca, Ajmarski Nowy Rok i nasza rocznice slubu, spedzilismy na naszym starozytnym cmentarzysku. Wstalismy o czwartej rano, zeby przygotowac ofiare dla Matki Ziemi - spalilismy ja o wschodzie slonca, a wiec okolo 6:45 AM. Przywitalismy na kleczkac pierwsze promienie slonca, ktore pojawilo sie zza masywu Illampu. Eusebio odprawil modly do Tayta Inti (Ojca Slonce). (Sa zdjecia, na poczatku sierpnia bedziemy siedziec kilka dni w Copacabanie, to bede miala czas wybrac pare i wyslac).

Ajmarowie z Sampaya, kiedy sie dowiedzieli, ze Ajmarski Nowy Rok to nasza rocznica slubu, przyszli po zachodzie slonca do naszego namiotu, z dwoma zespolami muzycznymi (tj. zespol byl jeden, ale mieli dwa komplety instrumentow:) - orkiestra deta oraz phuna (piszczalki andyjskie). Tanczylismy do 1 w nocy, przy swietle ksiezyca, plomieni ogniska oraz zdychajacego swiatla zarowki (elektrycznosc z naszego generatora).

Nastepnego dnia odpowczywalismy i zbieralismy sily na dzien nastepny - noc z 23 na 24 czerwca, wigilia Swietego Jana, czyli znowu tance. Sergio odpoczywal w namiocie, studentka Mary wylegiwala sie przed namiotem, ja znalazlam sobie magiczne miejsce 5 tarasow ponizej naszego miejsca wykopalisk (jeden taras ponizej mojego prywatnego kibla panoramicznego z widokiem na jezioro Titicaca:), a w tym samym czasie Marga, Pablo, Eusebio, Celestino i Saturnino dowodzili wykopaliskami tak razno, jakby w ogole nie pili i nie tanczyli w ubiegla noc. Tak samo, wszyscy nasi sampajenscy robotnicy byli rzescy i wypoczeci.

23 wieczorem, kiedy tance i popijawa trwaly juz w najlepsze, wymknelismy sie z Sergiem, zeby pomoc dzieciom podpalac wszystko co sie da. Tu na Altiplano jest taki obyczaj, ze dzieci i mlodziez wychodza w wigilie Swietego Jana i podpalaja suche trawy i krzewy - wyglada to niesamowicie, i co najciekawsze - nie powoduje to pozarow (prawdopodobnie dlatego, ze wegetacja jest uboga, a poza tym mniejsza ilosc tlenu w powietrzu zabija iskry zanim zdaza doleciec do czegos zdatnego do spalenia).

Obyczaj ten jest kontrowersyjny - niektorzy mowia, ze przyczynia sie to do zanieczyszczenia powietrza (Ajmarowie dowcipnie na to odpowiadaja, ze przestana podpalac wzgorza kiedy ludzie z miasta przestana jezdzic samochodami). Z drugiej strony, popiol ze spalonych traw i krzewow uzyznia ziemie, wiec wszystko rosnie bardziej obficie na spalonych terenach. Z trzeciej strony, ludnosc nieco bardziej miejska (np mieszkancy Copacabany czy El Alto) ma obyczaj palenia wszelkiego rodzaju smieci w ta noc, wlaczajac zuzyte opony samochodowe, co faktycznie jakiegos szczegolnie dobroczynnego wplywu na srodowisko nie ma (oficjalnie palenie opon jest juz zakazane, ale zakazy sa po to zeby je lamac).

Podpalanie na 4 tysiacach metrow wysokosci nie okazalo sie takie proste, trzeba dobrze znac kierunek wiatru - jesli wiatr nie wieje we wlasciwa strone, nawet suche galezie nie zajmuja sie zbyt latwo. Najlepszym opalem okazal sie byc krzew ch'uju ([ci'uhu], gdzie [ci'] znaczy spolgloske wybuchowa:) - taka kolczasta wredota, ale plonie slicznie i zapach dymu tez przyjemny.

Potem wrocilismy do kregu wokol ogniska i tanczylismy do 2 w nocy (niektorzy do 4 nad ranem!!). Nastepnego dnia - ja, Sergio i Mary zmeczeni, Ajmarowie znowu swierzutcy. To sie nazywa odpornosc :o)

25 czerwca dolaczyl do nas Chavin, brat Sergia. Przyszedl o kulach, bo kilka dni przed tym jak mial do nas przyjechac gral w pilke i ktos go kopnal w noge. Bolalo jak diabli, ale lekarz w szpitalu w La Paz mu powiedzial, ze to nic i ze powinien noge "rozchodzic". No wiec chodzil, bolalo coraz bardziej, wiec znowu poszedl do szpitala (ale innego). Tam lekarz zlapal sie za glowe, powiedzial ze Chavin nadszarpnal sobie miesien, a ze po nadszarpnieciu dalej ruszal noga wiec uraz sie powiekszyl, i wbil mu noge w gips. Podziwiam faceta, pomimo ze o kulach, jest w stanie przejsc z miejsca gdzie zostawiamy samochod do naszego obozowiska, i stamtad wylezc na miejsce wykopalisk.

Chavin razem ze swoja zona Miriam (Kanadyjka katalonskiego pochodzenia) i dwojgiem dzieci mieszka w Boliwii - jego zona jest pracownikiem spolecznym i dziala na rzecz unii miedzy medycyna zachodnia i tradycyjna, doprowadzila juz do tego, ze tam gdzie mieszkaja szpital zatrudnia tradycyjna polozniczke/curandera (uzdrawiaczke), pomimo ostrych sprzeciwow ze strony boliwijskich lekarzy. Dzieci Chavina ubieraja sie jak dzieci ajmarskie i chodza razem z nimi do wiejskiej szkolki.

29 czerwca wrocilismy z Sampaya do Copacabany razem z Eusebio. Kiedy przylecielismy do La Paz, calej trojce (mnie, Sergiowi i Mary) wbito pozwolenie na pobyt przez 30 dni. Chcielismy przejsc granice w Kasani (kolo Copacabany) i z powrotem, ale po stronie peruwianskiej nam powiedziano, ze musimy albo zostac w Peru przez 1 dzien, albo wrocic przez inne przejscie graniczne (pozniej sie dowiedzielismy, ze $100 za osobe zamkneloby buzie granicznikom). Poniewaz Kasani to pusta dziura, a kolejne miasteczko peruwianskie Yunguyu tez wygladalo jak wymarle, zdecydowalismy sie jechac do Desaguadero, tam przekroczylismy granice (tez nie bez problemow, tym razem po stronie boliwijskiej, ale poniewaz Eusebio jest raczej znana osobistoscia, wiec w koncu dano nam przejsc, i to nawet bez placenia lapowki).

Z Desaguadero do El Alto, i z El Alto do Copacabany - mozecie sobie na mapie zobaczyc jaki zygzak zrobilismy, ale - nie ma innej drogi z Desaguadero do Copacabany niz przez El Alto (wszystkie drogi w Boliwii prowadza do La Paz;).

30 czerwca - trzy miesiace od smierci naszej madriny. O dziewiatej msza za nia w katedrze w Copacabanie, potem zarcie i ogolna popijawa w domu Pedro i Florencji (Florencia to corka Josefy sprzed malzenstwa z Celestino). Charakter bardzo odmienny od velorio (stypy) w ktorej uczestniczylam w grudniu ubieglego roku, bardziej wygladalo to jak piknik niz stypa, ale - wszyscy na czarno i nie mozna tanczyc/bawic sie (obie reguly obowiazuja cala rodzine az do pierwszej rocznicy smierci). Odwiedzilismy tez grob Josefy w Kusijata.

To wszystko na razie - w nastepnych sprawozdaniach m.in. o tym, jak pozwano nas do sadu i jak zostalismy wybranymi/honorowymi dziecmi Sampaya (nie wiem jak dokladnie przedlumaczych "hijos predilectos":) - obie rzeczy sa ze soba scisle powiazane :)

usciski Stasia i Sergio

_________________
Umysl jest jak spadochron - lepiej dziala, kiedy jest otwarty.


Na górę  || 
 Wyświetl profil My Galeria Zdjęć  
 
Stasia
 Tytuł: Bolivia cz. !V
Źródło:
PostWiadomość wysłana.: 14 września 2007 19:16 
Offline
User

Rejestracja: 13 listopada 2006 18:38
Posty: 388
Płeć: Kobieta
1-31 lipca

Witajcie!!

Oto sprawozdan ciag dalszy - teraz miesiac lipiec. W telegraficznym skrocie, zostalismy honorowymi dziecmi Sampaya, co znaczy ze niektorzy nas nosza tam na rekach, a inni chca pozwac do sadu. Poza tym, nasz namiot przeminal z wiatrem (w sensie calkowicie doslownym), przeszlam moj chrzest bojowy jako zawodowy grobokop, amerykanska studentka zdezerterowala z projektu, a my co pozostalismy na placu boju zostalismy ci´uhowcami (zapisane fonetycznie, apostrof oznacza, ze ci jest spolgloska wybuchowa:).

Uff, po kolei.

Pierwszy tydzien siedzielismy caly czas na wykopkach, do czwartku 5 lipca. Nastepnego dnia wstalismy o czwartej rano - i do La Paz, o 10 przed poludniem Sergio dal wyklad na temat naszych wykopek dla studentow Uniwersytetu San Andres w La Paz (o dziesiatej wg "godziny boliwijskiej", tj tak naprawde wyklad sie zaczal nieco przed jedenasta:). Wyklad sie udal, studenci pod wrazeniem, wszyscy chcieli przyjechac na nasze wykopki (w lipcu maja dwa tygodnie ferii zimowych), ostatecznie Sergio sie zgodzil, zeby przyjechalo troje.

Piatek po poludniu i prawie cala sobote spedzilismy robiac zakupy w El Alto - m.in. kupujac szyby do okien (metalowe ramy robi spec w Copacabanie) itp. Do Copacabany dotarlismy w sobote poznym wieczorem, w niedziele jak Pan Bog przykazal odpoczywalismy. W nocy - wichura, deszcz, grad, snieg. (Jesli mi sie uda to przesle w zalaczniku zdjecie, jakie zrobilismy z naszego balkonu w poniedzialek rano - Copacabana cala na bialo).

W poniedzialek rano - przeglad strat. Po pierwsze - telefon z Sampaya. Wiatr hulal w tamtych okolicach tak ostro, ze nasz namiot doslownie porwal sie w kawalki (material co prawda wytrzymal, ale szwy szlag trafil). Po drugie - tylko jeden student dotarl z La Paz - minibus jakim przyjechal to byl ostatni jaki opuscil El Alto, kierowcy kolejnych uznali drogi za nieprzejezdne. Po trzecie - cala Copacabana bez elektrycznosci (w naszej dzielnicy prad powrocil dopiero trzy dni pozniej).

Pomimo rozpaczliwych sygnalow z Sampaya, musielismy czekac az do poludnia, zeby snieg i lod sie roztopil na drodze z Copacabany do Sampaya (jazda po oblodzonej polnej drozce, gdzie po prawej stronie masz skale, a po lewej przepasc, nie byla naszym marzeniem:). Notabene - to wielka zaleta Altiplano: moze byc mrozno i snieznie od wieczora do rana, ale do poludnia slonce roztapia wszystko :o)

Kiedy po poludniu dotralismy wreszcie do naszego obozowiska - obraz faktycznie rozpacz w kropki. Szczatki namiotu na ziemi. Marga, Celestino, Eusebio, Saturnino i Angel, w wyjatkowo parszywych humorach, staraja sie go pozszywac. Sita (jakie uzywamy do przesiewania ziemi z wykopek) porozrzucane dwa-trzy tarasy ponizej miejsca wykopek. W miejscu naszych wykopek - jeziorka z topacego sie sniegu, ziemia zmrozona i mokra - nie da sie ani kopac ani przesiewac (probowaliscie kiedys przesiewac bloto??)

Pomoglismy w przywracaniu do zycia namiotu, postawilismy go z powrotem "na nogi", przywiezlismy naszym maestros rozne przysmaki z Copacabany, zeby ich nieco rozchmurzyc :o)) Nastepne dni - na wykopkach, az do czwartku 12 lipca (we wtorek dotarly, piechota z Copacabany, pozostale dwie studentki z La Paz).

We czwartek - ajajaj. W samo poludnie przybyli na miejsce naszych wykopek comunarios (mieszkancy wspolnoty) Sampaya, plus szacowni goscie z Copacabany - cala rada miejska. Najpierw odbyla sie uroczysta wajta, przy czym musielismy szukac zastepczego yatiri, bo Eusebio sie zbuntowal przeciwko jej przygotowaniu. Ofiara nie byla odpowiednia - on przygotowuje tylko biale ofiary, a ta ktora kupiono byla wg niego mieszana, nie chcial sie zbrukac jej dotknieciem. Schowal sie w namiocie i nie wychylil nosa dopoty, dopoki po ofierze nie zostaly tylko popioly.

Po spaleniu wajta - obrady rady miejskiej. Kwestia jest taka, ze kiedy rok temu podpisalismy umowe ze wspolnota Sampaya, uklad byl taki, ze mozemy bez problemu kopac na jakiejkolwiek ziemi prywatnej czy wspolnotowej. Miejsce gdzie kopiemy jest wlasnoscia prywatna, ale jej wlasciciele to tzw. residentes, czyli ludzie urodzeni we wspolnocie, ale ktorzy od lat mieszkaja w La Paz czy innym miescie. Wedlug praw wspolnotowych, residentes nie maja zadnych praw we wspolnocie gdzie sie urodzili: ziemia nalezy do tych co z niej zyja, wiec ci co mieszkaja i pracuja poza wspolnota nie maja prawa do glosowania ani nawet wypowiedzi ("ni voz ni voto"). Poniewaz jednak Sampaya ma mnostwo residentes (mowiac brutalnie, Sampaya umiera, bo wszyscy mlodzi ida do miasta), sprawa nie jest taka latwa - juz rok temu wlasciciele tego terenu probowali robic problemy, w tym roku jeszcze bardziej. Ostatecznie comunarios z Sampaya sie zbuntowali i uprosili rade miejska, zeby oficjalnie wywlaszczono residentes i przekazano ten skrawek ziemi na wlasnosc wspolnoty - i wlasnie dlatego obrady odbyly sie na tymze skrawku.

Przy okazji nazwano nas "hijos predilectos de Sampaya" - sa naprawde bardzo wdzieczni, ze kopiemy na ich ziemiach, bo zatrudniamy ich jako robotnikow, i te pare groszy to dla nich jak manna z nieba.

Podczas gdy comunarios z Sampaya chca nas nosic na rekach, residentes szlag trafia - probuja wszelkich drog prawnych i administracyjnych, zeby nam dokopac. Nie chce wchodzic w szczegoly, tez nie moga nam nic legalnie zrobic, ale ze jest nieprzyjemnie pracowac takich warunkach, wiec podjelismy decyzje zakonczyc tak szybko jak sie da i nie wrocic nigdy wiecej.

Nastepne dni - znowu wykopki. Dopiero w niedziele wieczorem wrocilismy do Copacabany. W poniedzialek 16 lipca - 98 rocznica od kiedy to niejaki Pepe Murillo naskrobal jakistam list, zadajac wolnosci dla hiszpanskich kolonii w Ameryce Pd. Wielka pompa, manifestacja i przemowienia, dla nas nic wartego upamietnienia, bo ten caly Murillo to facet, ktory skazal na smierc Tupac Katari (boliwijski odpowiednik Tupac Amaru II, dzialal w tym samym czasie i zginal ta sama smiercia, tj wszystkie konczyny przywiazane do czterech koni, i potem konie rozpedzone na cztery strony swiata).

Wieczorem amerykanska studentka Mary miala wybuch histerii, ze dlaczego zaplacila za pobyt tutaj, skoro mieszka w namiocie razem z 9 innymi osobami, i co gorsza - dlaczego robotnikom w Sampaya sie placi, a jej nie. Sprobowalismy jej wyjasnic, ze dla robotnikow jest to tylko praca jak kazda inna, podczas gdy dla niej jest to jedyne w zyciu doswiadczenie - wiedzy etnograficznej, archeologicznej, historycznej, lingwistycznej etc, jaka tu zdobywa, nie moglaby wyssac z zadnego podrecznika. Skonczylo sie na tym, ze powiedzielismy sobie dobranoc, po czym nastepnego ranka urocza niespodzianka - pokoj Mary pusty, lozko starannie zaslane, i artystycznie oblozone liscikami dla nas i naszych maestros - w bardzo przyjaznym tonie, dziekujac za wszystko, i ani slowa gdzie czy dlaczego ucieka. Natychmiast zadzwonilismy na uniwersytet w Michigan, afera na calego, Sergito caly skolowany, bo jak powiedzial - mial studentow przeroznego rodzaju, ale takiego czegos to sie nie spodziewal.

No wiec wrocilismy do Sampaya juz bez Mary, i siedzielismy na wykopkach az do nastepnej soboty, 21 lipca - potem znowu do Copacabany, umyc sie, i nastepnego dnia uczestniczyc w pogrzebie S.C., ojca Pedro i Felicji, a wiec tescia Florencji i Angela. Pogrzeb na cmentarzu w Copacabanie - tym razem zrobili dziure w miejscu, gdzie nie bylo innych kosci, ale za to bylo mnostwo kamieni, dol zrobiono 10 cm za krotki, trumna nie wchodzila, byla zrobiona z byle jakiego drewna i prawie sie rozpadla...

Czy w grudniu przy okazji pogrzebu J.G. wspomnialam, ze grabarze musza byc pijani, bo Ajmar na trzezwo boi sie kopac na cmentarzu? Troche to tlumaczy, dlaczego pochowki ajmarskie wygladaja tak jak wygladaja.

Po pogrzebie wszyscy wyszli na plac przed cmentarzem, i zaczyna sie popijawa. Jak zawsze, kobiety po jednej stronie, mezczyzni po drugiej, i tylko nieszczesny Chavin sie nie skapnal, i siadl w samym srodeczku 50 kobiet, jak przyslowiowy rodzynek w ciescie :o)

Nastepne dni w Sampaya - az do 27 lipca, kiedy to pojechalismy do La Paz, zalatwic rozne formalnosci i eskortowac Juanite do szpitala - bardzo sie rozchorowala, a ze szpital w Copacabanie to rzeznia, wiec zdecydowalismy sie wziac ja do La Paz.

Zostalismy w La Paz na noc - w hoteliku, jak sie poniewczasie zorientowalismy, zydowskim (wszystkie napisy maja po hiszpansku, angielsku i hebrajsku, maja specjalne ceny dla Izraelitow, restauracje z daniami zydowskimi, i jesli chcesz miec papier toaletowy w pokoju to musisz zan osobno zaplacic;).

Nastepnego dnia wrocilismy do Copacabany i stamtad prosto do Sampaya, i zostalismy tam juz do konca miesiaca. Co do chrztu bojowego jako grobokop - chyba moge nazywac sie grobokopem po otwarciu 40 grobow, ha?? :o)))

Jeszcze jedno - poniewaz na naszym obozowisku zimno w nocy jak diabli, co noc grzejemy sie przy ognisku. Miedzy Copacabana a Sampaya znajduje sie Jinchaca, gdzie jest las eukaliptusowy - okoliczni mieszkancy zajmuja sie wyrebem i sprzedarza drewna, mozna kupic 15 kg za 12 Bolivianos (okolo $1.50) - drogo jak na warunki boliwijskie, wiec co noc spalamy tylko 3-4 kawalki drewna eukaliptusowego, a reszta naszego opalu to trawy i krzewy z okolic naszego obozowiska. Najlepszy opal to taka kolczasta wredota co sie nazywa ch´uju (wymowa [ci´uhu], ale mozecie wymawiac jak chcecie, bo to paskudztwo ma tyle kolcow, ze nieprzystojne slowa przy lamaniu galezi sie zdarzaja :? ). Bez ch´uju nie ma ognia - wiec juz nieraz dostalismy glupawki na temat tego krzewu - stad czasownik "ci´uhowac" (znaczy rozne rzeczy zaleznie od kontekstu:), rzeczownik "ci´uhownik" (znaczy osobe ktora przynosi najwiecej galezi - na ogol wygrywa Marga:), itp. Mowiac krotko, na Altiplano bez ci´uhu nie ma zycia :o)))

Uf, to tyle na lipiec - osobno sprobuje przeslac troche zdjec z czerwca i lipca.

Usciski,
Stasia.

_________________
Umysl jest jak spadochron - lepiej dziala, kiedy jest otwarty.


Na górę  || 
 Wyświetl profil My Galeria Zdjęć  
 
Stasia
 Tytuł: Bolivia cz. V
Źródło:
PostWiadomość wysłana.: 14 września 2007 19:19 
Offline
User

Rejestracja: 13 listopada 2006 18:38
Posty: 388
Płeć: Kobieta
1- 6 sierpnia

1 sierpnia to urodziny Karen, uczcilismy je ofiara dla Matki Ziemi. Wstalismy o wpol do piatej rano, i po ciemku wspielismy sie na wzgorze, ktore oddziela wspolnote Sampaya od naszego miejsca wykopek. Wzgorze - taki sobie pagorek, bodajze 4084 m.n.p.m. :o) - nazywa sie Kunturi Ikina, czyli "Miejsce Gdzie Spi Kondor" w ajmara, chociaz kondorow na polwyspie Copacabana to nawet najstarsi ludzie nie pamietaja. To miejsce zostalo nam polecone przez comunarios z Sampaya - zawsze tam spalaja ofiary dla Pacha Mama.

Na szczycie spotkalismy sie z grupa comunarios. Celestino przy pomocy niejakiego Maksa (comunario) przygotowali ofiare - bo Eusebia z nami nie bylo (dlaczego, to wyjasnie za moment). Spalilismy ofiare przy pierwszych promieniach slonca. Kiedy plomienie pozeraly skladana ofiare, odeszlismy na bok (zawsze nalezy dac Matce Ziemi odrobine prywatnosci), i comunarios wyciagneli piszczalki i beben - ech, trudno to opisac, jak wygladala ta scena, z muzyka i tancami, o wschodzie slonca, z oszalamiajacym widokiem na jezioro z trzech stron: wschodu, polnocy i zachodu...

Nastepne dni spedzilismy harujac na wykopkach - z wszystkimi maestros z wyjatkiem Eusebio. Eusebio pod koniec lipca pojechal do La Paz, stara sie o prace w urzedzie imigracyjnym w Kasani. Inni maestros mowili kasliwie (ze szczypta zazdrosci?), ze nalezaloby Eusebia zwazyc: przed rozpoczeciem pracy i po miesiacu, zeby zobaczyc jak mu sie brzuszek rozwija. :o)

Koniec koncow, Eusebio pracy nie dostal, bo naciskano na niego, zeby wstapil do partii Evo, MAS, i on nie chcial, bo co prawda zgadza sie z ideologia MAS i dzialal na rzecz wybrania Evo na prezydenta, ale swoje zasady ma i w partyjniactwo nie wierzy. Boliwia schodzi na psy coraz nizej - za poprzednich rzadow bylo zrozumiale, ze raczka raczke myje, ale zeby za rzadow pierwszego indianskiego prezydenta takie rzeczy sie dzialy?...

Trzeciego sierpnia skonczylo nam sie zarcie, wiec kupilismy owce - zywa, wiec wlascicielka przyszla i zarznela ja wlasnorecznie. Sergio sfilmowal caly przebieg wydarzen, a ja w tym czasie zrobilam male badania etnograficzne. (To taki elegancki sposob na okreslenie faktu, ze balam sie, ze zemdleje widzac owce walczaca o swoje zycie i ucieklam jak najdalej:). Co ciekawe - wszyscy Ajmarowie, od naszych maestros poczynajac a na sampajenskich robotnikach konczac, uciekli na przeciwna strone naszego pagorka - nikt widoku krwi nie lubi i w kazdej rodzinie jest tylko jedna osoba, ktora podejmuje sie "brudnej roboty". :o)

Wieczorem tego dnia wrocilismy do Copacabany - juz zaczeli sie zjezdzac ludzie na Feria de Copacabana. Nastepne dwa dni - feria cala pelnia. Z balkonu na drugim pietrze naszego nowego domu mamy widok na cala plaze Copacabany. A w czasie ferii, jest na co patrzec. Cala plaza jest upstrzona kramikami (glownie zarcie - co do jakosci wody na jakiej jest gotowane, bedzie szczegolowo ponizej). Pomiedzy kramikami snuja sie zespoly muzyki z peruwianskiego regionu Huancayo w strojach tradycyjnych - muzyka z Huancayo to ulubiona muzyka Ajmarow. Ulice kompletnie nieprzejezdne, zatloczone samochodami ozodbionymi wielobarwnymi plastikowymi ozdobkami. Samochody czekaja na poswiecenie przez ksiedza - na tej samej zasadzie, ze dzieci do chrztu bierze sie w pieknych ubrankach, samochod podczas poswcenia tez musi slicznie wygladac :o). Innowacja, ktora zaczela sie pare lat temu, jest fakt, ze pare metrow za ksiedzem idzie yatiri i blogoslawi samochody po szamansku :o) A co, kosciol zarabia podczas Feria de Copacabana, to i yatiri tez sciagaja swoja dziesiecine :o)

Co do wody. Juz pisalam chyba w zeszlym roku, ze wiekszosc ekskrementow z Copacabany idzie prosto do jeziora. Nawiasem mowiac, ten sam problem maja tez w Puno, do tego stopnia, ze jezioro wokol Puno doslownie umarlo: jest jakis taki mikroorganizm, ktory odzywia sie nieczystosciami (po hiszpansku nazywa sie lenteja) i ten mikroorganizm rozprzestrzenil sie tak, ze woda wokol Puno jest czarna, wiec rosliny na dnie jeziora nie moga robic fotosyntezy i zdechly, a za nimi oczywiscie zdechly ryby i wszelkie inne wodne stworzonka. No wiec wokol Puno jest taka wielka czarna plama na jeziorze, i podobno smierdzi to jak diabli. W wodzie wokol Copacabany zaczynaja sie juz pojawiac plamy tego paskudztwa, i jesli sie nie zrobi szybko jakiegos systemu filtrowania ekskrementow, to za pare lat juz nie bedziemy spedzac leniwych popoludni na naszym balkonie. (Mmm... nie ma to jak rzeska bryza znad jeziora niosaca piekna won za przeproszeniem gowna:).

Myslicie, ze wiecie juz wszystko na temat problemu wody w Copacabanie? Hehe - to dopiero poczatek.

Glowny problem jest taki, ze w Copacabanie brakuje pitnej wody - Copacabana rosnie, a zrodel nie przybywa. W wiekszosci domow woda pitna cieknie kilka godzin na dobe (przy czym niektore dzielnice nie widzialy ani tych paru kropli od miesiecy). Niezaleznie od tego, czy mowimy o domu prywatnym, malej kafejce, wielkiej restauracji czy siedmiopietrowym hotelu - wszyscy dostaja kilkanascie-kilkadziesiat litrow dziennie.

Dla domu prywatnego taka ilosc wody w zupelnosci wystarcza na gotowanie, pranie, mycie sie i wszelkie inne potrzeby. Dla malego hoteliku czy restauracji tez z bieda wystarcza. Problem maja duze hotele i duze restauracje, no i podczas Feria de Copacabana oczywiscie wszystkie kramiki z zarciem na plazy (naleza z reguly do ludzi spoza Copacabany, ktorzy nie maja absolutnie zadnego dostepu do wody pitnej). Wszyscy ci, co koczuja na plazy biora wode do mycia sie i do picia prosto z jeziora. Wielkie hotele robia dokladnie to samo - podjezdza na plaze mala ciezarowka z cysterna, motorkiem ciagna wode i wracaja do hotelu. Sergio nadziwic sie nie moze, ze po Feria de Copacabana nie ma epidemii cholery... Ale "epidemie" biegunki sa czesta sprawa ;o)

Ergo: dobra rada dla ewentualnych turystow odwiedzajacych Copacabane: im mniejszy hotel czy restauracja, tym wieksza szansa, ze ich woda pitna jest faktycznie pitna...

Tyle na ten odcinek,

SSC

_________________
Umysl jest jak spadochron - lepiej dziala, kiedy jest otwarty.


Na górę  || 
 Wyświetl profil My Galeria Zdjęć  
 
Stasia
 Tytuł: Bolivia cz. VI
Źródło:
PostWiadomość wysłana.: 14 września 2007 19:22 
Offline
User

Rejestracja: 13 listopada 2006 18:38
Posty: 388
Płeć: Kobieta
7-20 sierpnia

7 sierpnia po Feria de Copacabana zostaly tylko stosy smieci - wiec wrocilismy na wykopki.

My z Sergitem - rysujac i fotografujac tak szybko jak sie da, maestros dowodzili zasypywaniem ziemia dolkow jakie juz obrysowalismy. Ech, szybciej sie macha lopata niz olowkiem - maestros "gonili nas" do tego stopnia, ze dwa razy snil mi sie koszmar, ze zaczynaja zasypywac wykop, ktorego profile jeszcze nie sa narysowane!! :)

Powod, dla ktorego sie tak spieszylismy, byl bardzo prosty - fiesta patronal. W okolicy 15 sierpnia Sampaya obchodzi swieto patrona swojej kaplicy, San Roque (nie wiem co to za swiety po polsku, ale nasi maestros patrzyli na sampajenczykow z odrobina wyzszosci, bo najwyrazniej ten San Roque to patron psow czy w ogole zwierzat:). Pisze "w okolicy", bo popijawa zaczyna sie czternastego i trwa okolo tygodnia.

Skonczylismy rysunki i zasypywanie wykopalisk trzynastego - a wiec tuz-tuz przed fiesta. Skonczylismy rysowac kolo poludnia, potem pomagalismy zasypywac do wieczora. Po zasypaniu wszystkiego bylo udeptywanie ziemi na - bylym - miejscu wykopek (ot, takie sobie naukowo brzmiace okreslenie tancow przy ajmarskiej muzyce, zapewnionej przez naszych maestros z bebenkiem i piszczalkami:) ), potem zwijanie namiotu i przenoszenie wszystkich naszych tobolow z miejsca wykopek do wioski. W wiosce comunarios juz na nas czekali - z kilkoma tuzinami butelek piwa "na poczatek". Do dziesiatej w nocy oproznilismy jakies kilkanascie tuzinow. Znowu tanczylismy - tym razem przy orkiestrze comunarios.

Przykre to uczucie patrzec na puste miejsce po namiocie i wykopkach, i przykro bylo sie zegnac z ludzmi, ktorzy byli wiecej niz prostymi robotnikami - dzielili sie z nami swoim jedzeniem, przychodzili wieczorami do namiotu towarzyszyc nam przy ognisku, co najwazniejsze - ofiarowali nam swoja przyjazn i zaufanie. Wiele lez sie polalo tego wieczoru - i z naszej strony, i ze strony comunarios, i nawet teraz kiedy pisze te slowa, znowu wilgotnieja mi oczy.

Nastepne dni spedzilismy w Copacabanie, rozmawiajac z naszymi maestros i snujac plany na przyszlosc.

We czwartek 16 sierpnia pojechalismy odwiedzic oslawione Wichi Wichi. Od czasu nasze ostatniej wizyty comunarios z Wichi Wichi zaczeli zasypywac Instytut Archeologii podaniami o rozpoczecie wykopalisk. No wiec burmistrz Achacachi uprzejmie im wyjasnil, ze powinni zdecydowac sie co chca, bo przeciez archeolodzy odwiedzili Wichi Wichi w zeszlym roku i comunarios odmowili pozwolenia na wykopki. Comunarios na to: "aaa, to oni byli?" :o)

No wiec wjechalismy na plac Wichi Wichi z drzacymi sercami. Na samym placu spotkalismy trzech liderow wspolnoty (z ceremonialnymi biczami na plecach. Notabene, wszyscy liderzy jakich znam/widzialam na Polwyspie Copacabana nosza bicz tylko podczas specjalnych okazji. W Wichi Wichi chodza z ceremonialnym biczem wszedzie z jakiejkolwiek okazji.). Coz za cudowna zmiana - wszyscy liderzy bardzo uprzejmi, serdeczni i sympatyczni, pokazali nam dwa miejsca gdzie wg nich nalezaloby kopac, no po prostu cud, miod i sama slodycz. Ergo - wyglada na to, ze w przyszlym roku bedziemy kopac wsrod tych... ludozercow ;o)) (o ile znowu nie zmienia zdania i nie zrobia z nas pieczeni:)

Nastepne dni - pozegnania z maestros, 19 po poludniu wyjechalismy z Copacabany do la Paz, nastepnego ranka lot z La Paz do Miami i potem Detroit.

I to by bylo na tyle - nastepne sprawozdania z Boliwii za rok.

Usciski,
Stasia SC

_________________
Umysl jest jak spadochron - lepiej dziala, kiedy jest otwarty.


Na górę  || 
 Wyświetl profil My Galeria Zdjęć  
 
online
 Tytuł: Bolivia 1 czerwca - 20 sierpnia 2007
Źródło:
PostWiadomość wysłana.: 23 grudnia 2009 5:23 
trzeba sprawdzic:)


Na górę  || 
  
 
Wyświetl posty nie starsze niż:  Sortuj wg  
Nowy temat Odpowiedz w temacie  [ Posty: 8 ] 

Strefa czasowa UTC+1godz. [letni]


Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 0 gości


Nie możesz tworzyć nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz dodawać załączników

Przejdź do:  
Technologię dostarcza phpBB® Forum Software © phpBB Group
Chronicles phpBB2 theme by Jakob Persson. Stone textures by Patty Herford.
With special thanks to RuneVillage