Indiańskie forum

Forum o Indianach
Dzisiaj jest 31 marca 2020 8:14

Strefa czasowa UTC+1godz. [letni]




Nowy temat Odpowiedz w temacie  [ Posty: 9 ] 
Autor Wiadomość
Stasia
 Tytuł: Boliwia 14 grudnia 2006 - 4 stycznia 2007
Źródło:
PostWiadomość wysłana.: 19 stycznia 2007 18:11 
Offline
User

Rejestracja: 13 listopada 2006 18:38
Posty: 388
Płeć: Kobieta
Witajcie!

Slowem wstepu. Wlasnie jestem w trakcie spisywania tego co zobaczylam i doswiadczylam wsrod Ajmarow w czasie mojej ostatniej wsrod nich wizyty. Z cala pewnoscia niektorzy z czytelnikow nie znaja lub nie pamietaja moich poprzednich wypocin, i moga sie poczuc zagubieni w mnogosci imion, nazw, aluzji do roznych wydarzen etc. Moje sprawozdania z lat 2001-2006 sa rozsiane po roznych zakatkach sieci, ale ostatnio moja Mama zebrala wszystko w kupe na swojej stronie, podaje adres:

http://www.itelekom.pl/~romilita/Boliwia.html

:lol:

_________________
Umysl jest jak spadochron - lepiej dziala, kiedy jest otwarty.


Na górę  || 
 Wyświetl profil My Galeria Zdjęć  
 
Bot Reklamowy Reklama
 
Na górę
Stasia
 Tytuł: 14-22 grudnia
Źródło:
PostWiadomość wysłana.: 19 stycznia 2007 18:16 
Offline
User

Rejestracja: 13 listopada 2006 18:38
Posty: 388
Płeć: Kobieta
14-22 grudnia

Witajcie!!

Na ogol sprawozdania z Boliwii sa z czerwca-sierpnia – tym razem wyjatkowo z grudnia. Dlaczego – ano dlatego, ze kupilismy dom w Copacabanie, i musielismy dopelnic wszelkiego rodzaju formalnosci.

Dotarlismy na lotnisko w El Alto czternastego grudnia wieczorem. (Notabene – noc z 14 na 15 grudnia to magiczna data, kiedy cena biletow lotniczych ze Stanow do Boliwii podskakuje z tysiaca do dwoch tysiecy dolarow:). Poniewaz nastepnego dnia rano w siedzibie radia San Gabriel miala sie odbyc uroczystosc wreczania swiadectw maturalnych absolwentom SAAD, wiec postanowilismy zostac na noc w El Alto – coby nam bylo blisko. Oczywiscie nie bylo to jakims specjalnie inteligentnym pomyslem – przeskok z poziomu morza na 4000 m jest dosc silnym ciosem dla organizmu. No ale jakos przezylam :o)

Nastepnego dnia rano - do radia San Gabriel. Wielka pompa, przemowienia, 115 maturzystow SAAD z calej Boliwii, wszyscy pieknie przystrojeni, kobiety w czarnych kapeluszach, brazowych mantach i zoltych pollerach, faceci.... wbici w garniturki. (To fakt potwierdzony w wielu kulturach – mezczyzni latwiej sie „modernizuja”, kobiety sa z reguly wierniejsze tradycji). Tylko jeden z maturzystow mial na sobie poncho – pan w wieku, na oko, 70 lat (najstarszy z tegorocznych maturzystow).

Wsrod maturzystow - trzy kobiety z naszego centrum SAAD w Copacabanie, miedzy nimi Marga. Ano co z Marga. Pablo, maz Margi, i Celestino, jej tesc, zachowuja sie jakby wszystko bylo w idealnym porzadku. Jej rodzice Saturnino i Antonia zbojkotowali cale przedstawienie – na wreczenie swiadectw przyszli pozno, i zmyli sie natychmiast po tym jak skonczylo sie wreczanie swiadectw i zaczela fiesta. Pozniej sie dowiedzielismy, ze to dziwnie zachowanie nie bylo bynajmniej znakiem niecheci wobec matury zdanej przez Marge, lecz elegancka proba unikniecia bojki z Pablo, ktory juz raz po pijaku obiecywal zloic skore swojemu tesciowi i szwagrom (oczywiscie nie sam, bo Pablo to tchorz nad tchorze, ale razem ze swoimi kuzynami). Marga tez o tym wiedziala i usilowala uprosic Pabla zeby nie brali udzialu w popijawie tylko wrocili prosto do Copacabany, no ale Pablo sie uparl zeby zostac.

My z Sergiem tez zmylismy sie wczesnie z fiesty – musielismy zjechac w dol do La Paz, zeby zalatwic formalnosci zwiazane z kupnem domu. Jednak zanim opuscilismy szanowne towarzystwo, zdazylismy przyuwazyc ciekawy obyczaj ajmarski. Dyplomy naszych trzech absolwentek zostaly umieszczone w plastikowych siateczkach, obok upietrzono prezenty jakie dostaly z okazji zdanej matury. Kiedy przyniesono piwo, zamiast tradycyjnej libacji dla Mama Pacha (na ziemie), nalezalo ulac odrobine na swiadectwo i na prezenty – na szczescie.

Wyjazd do La Paz byl pretekstem, ktory pomogl nam uniknac ciezkiej popijawy (i tancow – nie da sie tanczyc pierwszego dnia po przybyciu na duza wysokosc, bo przy kazdym ruchu bol glowe rozrywa). A poniewaz popijawa miala sie ciagnac i po powrocie do do domu, w ktorym sie razem z Marga zatrzymalismy, wiec postanowilismy na nastepna noc przeniesc sie do hotelu w centrum La Paz (pozytywna zmiana dla mojej umeczonej glowy – te 400 metrow nizej to naprawde duza roznica:).

Kiedy my biegalismy po La Paz, Pablo sie, oczywiscie, ululal. Marga kilkakrotnie usilowala go namowic do wczesniejszego opuszczenia fiesty – bez skutkow. Koniec koncow, kiedy fiesta sie skonczyla, cala rodzina wbila sie w dwie taksowki – swiadectow maturnalne Margi razem z prezentemi zostalo zawiazane w jeden tobolek. W trakcie jazdy Pablo zaczal rozpaczac, ze Marga go zaniedbuje przez ten caly bezsensowny wysilek uczenia sie, ze juz go nie kocha i ze on popelni samobojstwo. Po czym otworzyl drzwi taksowki i wyskoczyl (w trakcie jazdy) – prawie-ze pod kola samochodu jadacego z naprzeciwka. Rodzina zatrzymala taksowke, wtoczono Pabla do srodka, i przez reszte drogi on byl centrum zainteresowania – ze sie zranil, biedactwo – koniec koncow, kiedy towarzystwo wysiadlo z taksowki, awayu z prezentami i swiadectwem Margi pozostalo w taksowce.

Bylo zle a potem to juz tylko gorzej – Marga wini Pabla o stracenie swiadectwa, Pablo znowu sie spil i zabral sie do bicia, Marga poszla na policje, zdecydowanie chce rozwodu, przedwczoraj (22 grudnia) Pablo wreszcie wytrzezwial i blagal o przebaczenie, ze juz nigdy wiecej nie bedzie pil (tak jakby jego slowo bylo cokolwiek warte), nawet sie zgadza, wyobrazcie sobie, zeby Marga kontynowala studia.

Uff.

Kwestia wyjasnienia. Problem edukacji i emancypacji kobiet wsrod Ajmarow to, w bardzo duzym uproszczeniu, walka miedzy tradycyjnym katolickim patriarchalnym modelem rodziny a bardziej nowoczesnym podejsciem do zycia protestantow. Pisze w uproszczeniu, bo kiedy Kosciol Katolicki zdal sobie sprawe z tego, ze traci dusze, tez zaczal nasladowac dzialania protestantow, czego efektem, miedzy innymi, byl wlasnie SAAD (Sistema de Autoeducacion de Adultos a Distancia) – dwujezyczny (hiszpanski, ajmara) program edukacji dla doroslych. Jest to program, dzieki ktoremu Ajmarowie obojga plci moga sie ksztalcic zarowno w centrach nauki rozsianych po miejscowosciach zamieszkanych przez Ajmarow, jak i przez ajmarsko-jezyczna rozglosnie Radio San Gabriel. O ile ajmarskie kobiety przyjely idee swojej edukacji z wielkim entuzjazmem, o tyle ich mezowie, hm, na ogol nie sa zbytnio z tego powodu szczesliwi, i powoluja sie – ano na Biblie, wedlug ktorej maz to glowa rodziny, zona powinna byc posluszna mezowi i tak dalej. Pablo i Marga to przypadek skrajny – Pablo ma urazona dume, bo jego zdolnosci intelektualne, delikatnie mowiac, nie dorownuja zdolnosciom Margi.

Na dodatek mamy kwestie nieufnosci w wiernosc malzenska. Marga jako lider SAAD co miesiac jezdzila do glownego centrum SAAD w miejscowosci Choque Naira, gdzie sie uczyla razem z innymi liderami (potem ci liderowie wracaja do centrow lokalnych i ucza reszte uczestnikow programu). No i po powrocie do domu pytania: gdzie sie wloczylas przez caly tydzien? Czy to prawda, ze w Choque Naira kobiety i mezczyzni spia w jednym pomieszczeniu? Czy mnie nie zdradzilas z ktoryms z liderow lub nauczycieli?

No i – caly tydzien zony w domu nie byla, wiec maz zly i glodny, dzieci placza glodne i brudne, dom zaniedbany, no bo taki Pablo nie ponizy sie przeciez do gotowania i sprzatania.

Koniec koncow, SAAD jest coraz czestsza przyczyna rozwodow, bo ajmarskie kobiety wola sie ksztalcic niz walczyc z zazdroscia i nieufnoscia swoich mezow.

Tyle na razie, usciski,
Stasia

_________________
Umysl jest jak spadochron - lepiej dziala, kiedy jest otwarty.


Na górę  || 
 Wyświetl profil My Galeria Zdjęć  
 
Stasia
 Tytuł: 14-22 grudnia – ciag dalszy.
Źródło:
PostWiadomość wysłana.: 19 stycznia 2007 18:28 
Offline
User

Rejestracja: 13 listopada 2006 18:38
Posty: 388
Płeć: Kobieta
Witajcie!!

My o wszystkich klopotach Margi dowiedzielismy sie juz pozniej. 16 grudnia opuscilismy La Paz i pojechalismy do Copacabany. Po drodze – Altiplano w czasie pory deszczowej: moze nie jest to wybuch zielonosci jakiego sie spodziewalam (jak sie zdaje, Altiplano naprawde zielenieje i kwitnie w okolicach lutego), no ale jest znacznie bardziej zielono niz w czerwcu-sierpniu. No i jest cieplej, dni upalne (pada na ogol tylko kilka godzin na dobe, i to na ogol w nocy), i caly ten upal burzy mi kalendarz (za kazdym razem zamiast grudzien pisze czerwiec lub lipiec). :)

Nasz nowy dom w Copacabanie – z zabojczym widokiem na jezioro Titicaca, w zalaczniku zdjecie widoku rozciagajacego sie z naszej sypialni (no dobra, nawet w czasie pory deszczowej nie codziennie mamy tecze, ale z czterech dni spedzonych w Copacabanie widzielismy ja dwukrotnie, i to w tym samym miejscu). :lol:

18 grudnia – znowu do La Paz, ciag dalszy formalnosci, przy okazji zostalismy okradzeni na duza sume pieniedzy – przez kogo, ano oczywiscie przez adwokata, szczegolow opisywac nie bede, bo by mnie krew przy okazji zalala, w kazdym razie – jesli w taki sposob adwokaci oszukuja nas, jako osoby wyksztalcone, to juz rozumiem dlaczego dla Ajmarow slowa „adwokat”, „sad”, „sedzia” sa rownoznaczne z niesprawiedliwoscia, oszustwem i strata pieniedzy.

W kazdym razie, 21 grudnia mielismy juz wszystkie dokumenty w reku, brakuje tylko zarejestrowac nieruchomosc na nasze nazwisko. Dla zarejestrowania nieruchomosci w polnocnej czesci departamentu La Paz nalezy jechac do Achacachi, tak, do slawnego Achacachi gdzie Ajmarowie sa dumni i krewcy i gdzie wszelkie konflikty sa zawsze najostrzejsze. Achacachi to nieduze miasteczko polozone u stop masywu Illampu, o czym wiemy z... mapy, bo osniezone szczyty byly calkowicie ukryte za chmurami. Co do rejestracji, podalismy wszystkie dokumenty do okienka, pan nas informuje, ze rejestracja bedzie gotowa za dwa tygodnie. Sergio na to – niedlugo wyjezdzamy, czy nie daloby sie zalatwic jakos wczesniej? Pan na to – prosze poczekac pare minut. Po kilku minutach otwieraja sie drzwi na prawo od okienka, wychodzi jeden grubasek i pyta, ktory to Sergio Chavez. Zabral nas na ustronne miejsce, i po stwierdzeniu, ze maja mnostwo roboty, ze wyrabianie papierow trwa dlugo etc przeszedl do konkretow: 300 Bolivianos (okolo $40) i dokumenty beda gotowe za dwie i pol godziny.

Jakbyscie nie wiedzieli: wedlug statystyk ONZ Boliwia to czwarty najbardziej skorumpowany kraj swiata...

Ano wrocilismy po poludniu, i faktycznie – dokumenty byly gotowe i w porzadeczku. W miedzyczasie odwiedzilismy burmistrza Achacachi – byly nauczyciel SAAD, sklonilismy go do napisania listu do znanej skadinad wspolnoty Wichi Wichi, zeby pozwolili nam na wykopki w czerwcu 2007. (Wichi Wichi znajduje sie w prowincji Omasuyos, a ze Achacachi to stolica Omasuyos wiec burmistrz tego miasta to glowny autorytet prowincji – ano zobaczymy jak to podziala). :wink:

Z Achacachi prosto do Copacabany – no i wreszcie poczulismy, ze to naprawde nasz dom... Jest troche zaniedbany (pare zaciekow i pekniec w scianach), ale jakos go odnowimy :)

Nastepnego dnia odpoczywalismy w Copacabanie – po czym w sobote 23 pobodka o czwartej rano – i znowu do La Paz, o czym w nastepnym liscie :)

pozdro
SSC

_________________
Umysl jest jak spadochron - lepiej dziala, kiedy jest otwarty.


Na górę  || 
 Wyświetl profil My Galeria Zdjęć  
 
Stasia
 Tytuł: 23-24 grudnia
Źródło:
PostWiadomość wysłana.: 19 stycznia 2007 19:07 
Offline
User

Rejestracja: 13 listopada 2006 18:38
Posty: 388
Płeć: Kobieta
No wiec w piatek o czwartej nad ranem ruszylismy do La Paz. W La Paz – kupowanie prezentow dla wszystkich ajmarskich przyjaciol, plus troche mebli dla naszego nowego domu.

Dzisiaj – Wigilia. Slonce prazy jak wsciekle (padalo tylko w nocy), ptaszki cwierkaja, kwiatki kwitna, drzewa i krzewy zielenieja, sniegu nawet w oddali nie widac (z Copacabany nie ma widoku na wiecznie osniezone szczyty). Wczoraj sie dowiedzialam, ze juz od kilku dni w radiu non stop ida koledy. Ani bym sie nie domyslila, ze to koledy!! Cecha charakterystyczna tutejszych piosenek bozonarodzeniowych jest to, ze do sciezki dzwiekowej dolaczaja swiergot ptakow. Hm.

Ajmarowie Bozego Narodzenia nie swietuja, ale prezenty jak najbardziej przyjmuja, wiec dzisiaj od rana przyjmowalismy wizyty.

Nawiasem mowiac – w ramach odtwarzania (cz raczej stwarzania nowej) przynaleznosci kulturowej Ajmarow coponiektorzy szamani wpadli na pomysl swietowania letniego przesilenia, 21 grudnia. Jak sie zdaje odbyly sie na ta okazje uroczyste spalenia mesa w roznych czesciach Boliwii. Niestety, ci co wpadli na pomysl tego swieta nie byli jakimis szczegolnymi znawcami jezyka ajmara, bo nazwali to nowe swieto Chica Mara (w odroznieniu od Machaq Mara, wielkiego swieta 21 czerwca) – chica to owszem „mala” ale po hiszpansku.

Wieczorem – zmiana nastroju. Kilka dni temu ciezarowka przejechala jednego staruszka, ktorego dzieci to przyjaciele naszego Pabla (naszego Pabla w odroznieniu od Pabla Margi). W stanie krytycznym zostal przewieziony do szpitala w El Alto, i tam zmarl po kilku dniach nie odzyskawszy przytomnosci. Cialo zostalo przywiezione z powrotem do Copacabany, i w noc z 24 na 25 odbylo sie velorio, czyli nocne czuwanie przy zmarlym. Pozyczylam czarna mante od mamy (naszego) Pabla, i razem z Sergiem, Pablem i Juanita poszlismy uczestniczyc w velorio.

Nie chcialam robic zdjec, bo nie wypada, ale sceneria wryla mi sie w pamiec na zawsze. Wyobrazcie sobie duze podluzne pomieszczenie (wynajety lokal od Zwiazku Zawodowego Robotnikow). Po prawej stronie – otwarta trumna otoczona swiecami. Przed trumna krzeslo, na krzesle zlozone spodnie nalezace do zmarlego. Kazdy kto wchodzil najpierw zblizal sie do trumny, i woda (swiecona?) kropil trumne i spodnie. Potem nalezalo obejsc cala sale, w kierunku przeciwnym do wskazowek zegara, i przywitac sie ze wszystkimi obecnymi. Uczestnicy – podzieleni wedlug plci. Po prawej stronie pomieszczenia, blizej trumny, mezczyzni na krzeslach. Przed nimi male zawiniatko z liscmi koki. Ajmarowie zawsze lubuja sie w krzykliwych kolorach – ale podczas velorio nawet zawiniatko na koke jest czarne. Po lewej stronie pomieszczenia grupa kobiet. Czesc w tradycyjnym stroju ajmarskim: czarna pollera, czarna manta na ramionach, druga czarna manta na glowie, zapieta pod szyja, wszystkie siedzace na ziemi wokol trzech rozpostartych awayu z mnostwem koki. Kilka kobiet w stroju zachodnim, oczywiscie tez na czarno, siedzace na krzeslach. Znak czasow: wsrod kobiet w wieku 40 lat i wiecej tylko jedna w stroju zachodnim, reszta w pollera. Wsrod mlodszych – dokladnie na odwrot. Wszyscy zuja koke, pala papierosy, pija alkohol. Milczenie i spokoj – wiekszosc lez zostala wylana w dniach bezposrednio po wypadku.

Nagle zaburzenie tej niesamowitej sceny: w samym srodku kregu kobiet w mantach... dzwoni telefon komorkowy. Cos zupelnie surrealistycznego: krag kobiet w tradycyjnych strojach, awayu, ogromne ilosci koki i jedna z Ajmarek rozmawia przez telefon komorkowy.

Posiedzielismy do polnocy, potem skoczylismy do bazyliki, na pasterke. Bazylika ciemna, pusta, zamknieta. Pewnie ksiadz zaspal.

No wiec wrocilismy do domu, Juana przygotowala kakao (takie prawdziwe 100% kakao – troche trudno sie do niego przyzwyczaic na poczatku, bo ma mnostwo tluszczu), posiedzielismy razem z nia, Pablem, Primitiva siostra Pabla i jej mezem Guillermo, oraz Teresa niania Sergia i jej wnukiem Edi (przyjechali z Cuzco spedzic z nami Boze Narodzenie). Usilowalam zaspiewac Cicha Noc po polsku (znaja wersje hiszpanska), ale w sie rozryczalam w polowie.

To tyle na razie,
usciski,
Stasia

_________________
Umysl jest jak spadochron - lepiej dziala, kiedy jest otwarty.


Na górę  || 
 Wyświetl profil My Galeria Zdjęć  
 
Stasia
 Tytuł: 25 grudnia
Źródło:
PostWiadomość wysłana.: 19 stycznia 2007 19:39 
Offline
User

Rejestracja: 13 listopada 2006 18:38
Posty: 388
Płeć: Kobieta
25 grudnia – moj pierwszy powazny szok kulturowy wsrod Ajmarow. Mialam juz wczesniej kilka drobnych, ale na ogol po chwili zastanowienia sie dochodzilam do wniosku, ze ich podejscie do danej rzeczy jest logiczniejsze od mojego. Tym razem – nie moge sie otrzasnac do tej pory. Rozmawialam na ten temat z Eusebio, i on mowi – to jest dokladnie powod, dla ktorego cala jego rodzina jest pogrzebana na jego wlasnym terenie. Tylko ci, co koniecznie chca, zeby ich zmarlych ksiadz woda swiecona pokropil grzebia swoje rodziny na cmentarzu.

Odbyl sie pogrzeb tego staruszka, o ktorym pisalam w poprzednim poscie, J.G. Ksiadz odprawil msze – zwyczajna, powiedzial, ze nie moze odprawic mszy dla zmarlych bo to przeciez jedno z najradosniejszych swiat chrzescijanskich. W trakcie mszy dwoch grabarzy zaczelo kopac grob, kontynuowali jeszcze po zakonczeniu mszy.

W trakcie kopania natrafili na zwloki – resztki po okolo 4 osobnikach, co najmniej dwie kobiety (manty, pollery roznych kolorow), i co najmniej jeden mezczyzna (spodnie i meski but, jeszcze ze skarpetka w srodku). Mieszanina kosci, szmat, sprochnialych fragmentow trumien – kiedy trumne z J.G. opuszczono w dol, najpierw zarzucono ja tymi szczatkami, potem zasypano ziemia.

Czyjs obojetny komentarz: ano chyba grabarze natrafili na fragment masowego grobu, do ktorego wrzucono wszystkie szczatki, jakie znaleziono, kiedy pomniejszono cmentarz i powiekszono szose prowadzaca z La Paz.

Bo normalnie, to kopiac swiezy grob natyka sie tylko na 1-2 osobnikow.

Wiekszosc grobow w Copacabanie zaznaczona jest tylko kopczykiem ziemi i drewnianym krzyzem. Kiedy rodzina juz o danej osobie nie pamieta, kopczyk przestaje byc widoczny, krzyz prochnieje i sie lamie – miejsce jest uznawane za puste i gotowe na przyjecie kolejnego Ajmara.

Czy nie prosciej byloby powiekszyc cmentarz – ano przewod biurokratyczny bylby dlugi i burmistrzowi nie chce sie go zaczac.

Ergo – komu naprawde zalezy na tym, by szczatki jego przodkow nie zostaly zbeszczeszczone, grzebie rodzine na wlasnej ziemi.

Notabene – profanacja szczatkow na cmentarzu boliwijskich elit w La Paz byloby nie do pomyslenia. Moze nawet karalna wiezieniem.

I wiecie co boli najbardziej?
Grob byl kopany w obecnosci okolo setki Ajmarow.
Grabarze to tez Ajmarowie (pijani, bo po trzezwemu by sie nie odwazyli).

I rodzi sie pytanie -
Czy mozna miec szacunek do zywych
ktorzy nie szanuja swoich wlasnych zmarlych?


SSC

_________________
Umysl jest jak spadochron - lepiej dziala, kiedy jest otwarty.


Na górę  || 
 Wyświetl profil My Galeria Zdjęć  
 
Stasia
 Tytuł: 26-29 grudnia
Źródło:
PostWiadomość wysłana.: 19 stycznia 2007 20:18 
Offline
User

Rejestracja: 13 listopada 2006 18:38
Posty: 388
Płeć: Kobieta
Drugi dzien Swiat Bozego Narodzenia to chyba raczej typowo polski zwyczaj. W Boliwii – to normalny dzien pracy. Znowu wstalismy o czwartej rano, znowu do La Paz. Jutro przyjezdza Eduardo (boliwijski wspolpracownik naszego projektu archeologicznego) z zona i trojka dzieci, no a dom jeszcze nie gotowy na przyjecie gosci. Caly dzien – zakupy, gonitwa do pozna wieczorem.

Nastepnego dnia – kolo poludnia przyjechal Eduardo z rodzina. Polazilismy z nim po Copacabanie, wieczorem – pojechalismy samochodem do Kusijata, zeby rozwiazac raz na zawsze glowny problem, jaki sciagnal Eduardo i jego zone Vicky do Copacabany: Marga i jej Pablo. Karen i Sergio byli padrinos („rodzicami”/swiadkami) Margi i Pabla od slubu cywilnego. Eduardo i Vicky byli padrinos slubu koscielnego, co czyni ich padrinos wyzszej rangi. No wiec pojechalismy do Kusijata, i zaczelismy sie wspinac do domu Margi i Pabla. (Istnieje droga, ktora prowadzi blizej ich domu, ale akurat w tym czasie byla niezdatna do uzytku.). Kiedy podchodzilismy do gory, Pablo najwyrazniej uslyszal nasze glosy (Marga wiedziala juz wczesniej, ze przybywamy) – i zrobil to co umie robic najlepiej, czyli uciekl. Bylo juz dosc ciemno, ale Eduardo przyuwazyl go i zaczal za nim wolac – bez skutku. Marga we lzach, Eduardo i Vicki szlag trafia – ale postanowili dac jeszcze jedna szanse. Nastepnego dnia maja przyjsc do Copacabany oboje, z rodzicami.

Wczesnym rankiem 28 grudnia przyszedl Saturnino, na piechote az z Ch’isi (jakies trzy godziny marszu). Przyszedl Celestino. Przyszla Marga. Mowi, ze chce dac jeszcze jedna szanse Pablowi. Ale niech tylko raz jeden zacznie robic jej problemy, to ona wezmie cala czworke dzieci i pojdzie do Ch'isi. Jej matka Antonia z checia pomoze wychowywac dzieci, a Marga bedzie mogla spokojnie isc do szkoly pedagogicznej w Warisata, co jest jej marzeniem.

A Pablo? Ach, nie moze przyjsc, bo pracuje. (Cud nieslychany, po raz pierwszy po roku nierobstwa!). Eduardo krew zalala juz zupelnie oficjalnie. A wiec, te 40 Bolivianos ($ 5.00) jakie zarabia dziennie sa dla Pabla wazniejsze niz jego rodzina? Eduardo zaciagnal nas wszystkich na policje, i tam zlozyl doniesienie: ze jesli Pablo kiedykolwiek zrobi sobie lub komus innemu krzywde, wszyscy tu obecni potwierdzaja ze Pablo ponosi za to calkowita odpowiedzialnosc; jesli popelni samobojstwo to nie bedzie w tym niczyjej winy poza jego wlasna. (Sklonnosci samobojcze chodza po tej rodzinie, bo siostra Pabla sie otrula, a i sam Pablo juz trzykrotnie probowal odebrac sobie zycie). Nawet Celestino musial doniesienie podpisac.

Potem Eduardo wyslal Celestino do Pabla, zeby przyszedl chociaz podczas przerwy obiadowej.

Pablo oczywiscie nie przyszedl, a Celestino ze wstydu tez juz nie wrocil. Potem jak sie zdaje opowiedzial synkowi jak to „zmusilismy go” do podpisania tego papieru na komisariacie.

Po poludniu Eduardo wrocil z najstarszym synem do La Paz, Vicky z dwojgiem mlodszych zostali jesszcze jeden dzien.

Nastepnego dnia, 29 grudnia, zrobilismy sobie z naszym Pablem, Vicky i jej dziecmi wycieczke na wyspe Pariti – wyspa na jeziorze Titicaca gdzie niedawno archeolodzy finscy dokonali ciekawych odkryc z epoki Tiahuanaco. Wracajac zrobilismy tez skok na wyspe Suriki – znana z tego, ze wszystkie lodzie plywajace po boliwijskiej czesci Titicaca sa tam produkowane.

Potem Vicky z dziecmi wrocila do La Paz, a my do Copacabany, okrezna droga przez Santiago de Oje, gdzie odwiedzilismy interesujace ruinki z czasow Tiahuanaco.

Na tym chwiliwo zakoncze,
usciski,
Stasia

_________________
Umysl jest jak spadochron - lepiej dziala, kiedy jest otwarty.


Ostatnio zmieniony 19 stycznia 2007 23:15 przez Stasia, łącznie zmieniany 1 raz

Na górę  || 
 Wyświetl profil My Galeria Zdjęć  
 
Stasia
 Tytuł: 30 grudnia
Źródło:
PostWiadomość wysłana.: 19 stycznia 2007 23:04 
Offline
User

Rejestracja: 13 listopada 2006 18:38
Posty: 388
Płeć: Kobieta
Jakby nie bylo wystarczajacych klopotow z Marga i Pablem, juz zaczyna sie szykowac nowy klopot, zywcem z brazylijskiej telenoweli. Klopot nazywa sie slub Valencii i Freddiego. Valencia to najstarsza corka Panfilo, wnuczka Celestino (matka Valencii, Felica, to byla corka Celestino, ta ktora popelnila samobojstwo). Freddy to syn Guillermo i Primitivy, siostry naszego Pabla. Problem jest taki, ze, primo: istnieje niechec miedzy oboma rodzinami (Freddy to ten chlopak, ktoremu przypadkowo przypalono twarz, a sprawca wypadku to brat Valencii, no wiec rodzina Guillermo wini rodzine Celestino; z drugiej strony, z jakichs zadawnionych powodow rodzina Celestino czuje wyzszosc w stosunku do rodziny Guillermo). Secundo, Freddy ma zaledwie 17 lat, a wiec jest niepelnoletni, poza tym nie skonczyl szkoly, nie ma zadnego zawodu, i trudno bedzie mu utrzymac rodzine. Tertio, Valencia, ktora jest starsza od niego o 5 lat, jest podejrzewana o to, ze zakochala go w sobie tylko po to zeby dobrac sie do jego pieniedzy (Freddy pracowal przez jakis czas w kopalni zlota i chodza sluchy, ze cos niecos zdolal tam uciulac). No wiec rodziny po obu stronach byly przeciwko temu zwiazkowi, jednak Freddy i Valencia zaczeli mieszkac razem, to nie bylo innej rady jak zaakceptowac. No ale – obaj Guillermo i Panfilo poprosili nas, zebysmy sprobowali przemowic mlodziezy do rozumu. (Tym bardziej, ze jestesmy niejako winni calej zbrodni, bo oboje Valencia i Freddy pracowali dla naszego projektu w czerwcu-sierpniu 2006). Porozmawialismy z obojgiem, pokazalismy przyklad Margi i Pabla, no ale – zakochani sa, wiec cale nasze przemowy to bylo jak rzucac grochem o sciane.

No wiec przedostatni dzien 2006 roku ubiegl na tego rodzaju utarczkach. Przyszedl tez Panfilo – wygladal bardzo slabo, powiedzial, ze wymiotuje krwia juz trzeci dzien. No wiec wzielismy go do szpitala – i tu kolejny przyklad tego, jak funkcjonuje boliwijskie spoleczenstwo. Przyjechalismy samochodem – brama do szpitala zamknieta, przed brama stoi grupa obcokrajowcow z krwawiacym ajmarskim dzieckiem (jak sie zdaje wpadlo pod ich samochod). Na podworku szpitala – grupa mlodych ludzi gra w siatkowke. Obcokrajowcy chca sie dostac do srodka – jeden z mlodziezy mowi, ze nie wiedza gdzie jest klucz od bramy. Podeszlismy, Sergio zawolal, ze potrzebujemy lekarza. Podchodzi jeden mlody czlowiek – mowi, ze szpital zamkniety, tylko pogotowie ratunkowe jest czynne. Sergio na to, ze wlasnie tego potrzebujemy. Facet na to: „Na co jest chory?” Sergio zaczal sie wkurzac, powiedzial cos w rodzaju „gdybysmy wiedzieli, to nie potrzebowalibysmy lekarza” i dalej w tym stylu. Nagle cudownym sposobem klucz sie znalazl (znajdowal sie w kieszeni tego co nas indagowal), wpuscili nas, i skorzystali tez z tego ci cudzoziemcy z dzieckiem. Gdyby Panfilo przyszedl sam, to by go nie wpuscili, a i obcokrajowcy czekaliby do rana.

I znowu, jak na cmentarzu – wiecie, co boli najbardziej? Ten facet co nie chcial nas wpuscic, jak i reszta „sportowcow”, byli tak samo ciemni na pyskach jak Panfilo i to dziecko potracone przez samochod. W ich zylach plynie ta sama krew, pochodza z tej samej tysiacletniej kultury, ich rodzice mowia tym samym jezykiem. Jedyna roznca jest taka, ze Ajmarowie po jednej stronie klodki to pokorni rolnicy, a po drugiej – cywilizowani, wyedukowani ludzie miejscy.

SSC

_________________
Umysl jest jak spadochron - lepiej dziala, kiedy jest otwarty.


Na górę  || 
 Wyświetl profil My Galeria Zdjęć  
 
Stasia
 Tytuł: 31 grudnia – 4 stycznia
Źródło:
PostWiadomość wysłana.: 19 stycznia 2007 23:48 
Offline
User

Rejestracja: 13 listopada 2006 18:38
Posty: 388
Płeć: Kobieta
Sylwestra uczcilismy z Sergiem wspinajac sie na wzgorze El Calvario – nie normalnym szlakiem, tylko sciezka prowadzaca na wprost z naszego domu, od najostrzejszego podejscia (jakies 60 stopni nachylenia). Z moim lekiem wysokosci, to bylo niezapomniane przezycie, i nie mam zamiaru powtorzyc tego wyczynu w najblizszej przyszlosci. (No, moze w czerwcu 2007). :wink:

Wieczorem zjawili sie wszyscy nasi ajmarscy przyjaciele, mielismy zabawe do trzeciej nad ranem (przy czym, moje i Sergia taneczne holubce po wspinaczce na Calvario byly nie az tak efektowne jak zazwyczaj :wink: ). W Nowy Rok zrobilismy ch’alla (poswiecenie) naszego nowego domu – ustroilismy dom kwiatami i plastikowymi ozdobami, i poswiecilismy platkami kwiatow. Nasz naczelny szaman projektu, Eusebio, powiedzial, ze mesa/wajta (ofiare dla Matki Ziemi) zrobimy dopiero w sierpniu, bo styczen to nie jest odpowiedni na spalanie wajta.

Nastepnego dnia zajmowalismy sie glownie planowaniem remontu naszej szacownej chalupy – zatrudnilismy Guillermo jako naszego budowlanca, i przyszly dwie archtektki zeby wymierzyc dom i zrobic plan budowy (potrzebujemy dobudowac laboratorium). Poniewaz kazda budowa wymaga ofiary zakladzinowej (chodza sluchy, ze pod nowoczesnymi wiezowcami La Paz znajduja sie ofiary z ludzi), wiec Pablo i Guillermo poswieca budowe w naszym imieniu ofiara z lamy. Chyba jestem zadowolona z tego, ze nie bedzie nas w Boliwii w czasie, kiedy tego rytualu sie dokona :?

3 stycznia pojechalismy az do Batallas – spotkanie z Eduardem, ktory mial nam pokazac jedno miejsce archeologiczne – faktycznie ciekawe. Wracajac sie zgubilismy (scislej Eduardo sie zgubil, bo to on prowadzil :) ) – i przy okazji ciekawe odkrycie: w Boliwii w grudniu kolo poludnia nie da sie okreslac kierunkow swiata na podstawie padajacego cienia, bo slonce swieci praktycznie rzecz biorac w zenicie.

No jakos w koncu dotarlismy do szosy prowadzacej z La Paz do Copacabany, choc znacznie blizej La Paz niz bysmy sobie tego zyczyli :?

Pozegnalismy sie z Eduardo i wrocilismy do Copacabany, przy okazji odwiedzajac jedno wzgorze, ktore z dolu wygladalo interesujaco. Nie znalezlismy nic szczegolnego poza sank’ayu. Sank’ayu to taki malutki kaktus (wielkosci krzaka truskawki), ktory akurat w grudniu rozkwita i wydaje owoce. Sprobowalam i mniam! to takie skrzyzowanie truskawki z kiwi. Trzy najsmaczniejsze (moim zdaniem) owoce andyjskie rosna wlasnie na Altiplano: tuna, czyli owoc lokalnej odmiany opuncji; tumbo/granadilla (takie drzewo); i wlasnie sank’ayu.

Nastepnego dnia – tradycyjnie o czwartej rano pobodka – i do La Paz. (Ta czwarta rano to taka standardowa godzina, zeby zalapac sie na pierwsze lodzie transportowe kursujace przez ciesnine Tiquina – jedyna droga z Copacabany do La Paz bez przekraczania granicy peruwianskiej). W La Paz – troche papierkowej roboty, potem obiad z rodzina Jimenez, czyli poprzednimi wlascicielami naszego nowego domu. Myslalam ze skonam. Pani Jimenez – kropka w kropke jak pani Dora, wlascicielka domu ktory dawniej wynajmowalismy w Copacabanie. „Prosilam nasza Matenke Boska z Copacabany” mowi, „zeby nowi wlasciciele domu to byli porzadni ludzie. Mialam oferty od Indian, ale nie chcialam im sprzedac, to zbyt piekny dom zeby go oddac jakims Indianom”.

(warto wspomniec, ze slowo Indianin – Indio – samo w sobie jest w sumie obelga).

I jeszcze dodala: „To dobrze, ze macie kogos kto wam strzeze domu, ale nie ufajcie mu. Copacabanenczycy sa niewarci zaufania, to zlodzieje i brudasy. Indianie.”

Pewnie by dostala zawalu serca gdybysmy jej powiedzieli, ze zostawilismy dom pelen Ajmarow.

No i takie bylo nasze ostatnie wspomnienie z naszej wizyty w Boliwii.

tyle na razie – w osobnym mailu pare plotek i ogolnych spostrzezen :)

usciski
SSC

_________________
Umysl jest jak spadochron - lepiej dziala, kiedy jest otwarty.


Na górę  || 
 Wyświetl profil My Galeria Zdjęć  
 
Stasia
 Tytuł: Zakonczenie
Źródło:
PostWiadomość wysłana.: 20 stycznia 2007 0:46 
Offline
User

Rejestracja: 13 listopada 2006 18:38
Posty: 388
Płeć: Kobieta
Na zakonczenie moich sprawozdani z Boliwii – garsc plotek.

Po pierwsze – chyba Wam nie pisalam, jak to sie stalo, ze kupilismy ten dom – mielismy przeciez kupic dom, ktory wynajmowalismy. Jego wlascicielka pani Dora powiedziala, ze dokumenty wlasnosci splonely w pozarze (w 2003 w czasie tzw „wojny o gas” spalono nalezacy do niej budynek w La Paz) – chciala, zebysmy dali jej pieniadze, a dokumenty to ona nam „pozniej wysle”. Aha. Potem sie dowiedzielismy, ze dom i ogrod to dwie parcele – i dokumentow wlasnosci ogrodu to ona nigdy nie miala, bo nie kupila tej parceli tylko wyludzila od Ajmarow. No wiec domu nie kupilismy, potem wracamy do Michigan i nastepnego dnia telefon od Pabla – najlepszy dom w Copacabanie jest na sprzedaz. Koniec koncow, kupilismy ten dom na podstawie.... zdjec satelitarnych z GoogleEarth!! :lol:

Jak przyjechalismy, okazalo sie, ze warto bylo :lol: :lol:

Nawiasem mowiac, ten „Indianin” co probowal kupic dom od pani Jimenez to jeden z copacabanenskich milionerow. Jak reszta lokalnych milionerow, swoje pieniadze ma dzieki problemom spolecznych w krajach zachodnich. Czyli dzieki kokainie. Copacabana zaczyna sie rozrastac jak jakies nowe Medellin – jedna wielka pralnia brudnych pieniedzy.

I gdzie sie nie ruszyc to trudno sie nie otrzec o jednego z tych milionerow. Narzeczony jednej z naszych znajomych Ajmarek to 20-letni mlodzian, ktory ma juz porzadna chalupe i dwa samochody. Teoretycznie narobil tej kasy pracujac w kopalni zlota. Akurat – Freddy tez pare lat tak pracowal i niewiele z tego ma, jego wuj Luis pracuje tam od lat i dorobil sie glownie bolu w krzyzach. (Kopalnie zlota, ktore sa otwarte dla wszystkich zainteresowanych poszukiwaczy, zawieraja najubozsze zloza zlota w Boliwii.).

Plotki z innej beczki. Najstarszy synek Juanity i naszego Pabla, Rodrigo alias „Mallku”, chodzi juz do szkoly. Efekt – w naszej obecnosci wstydzi sie mowic w ajmara. Podobno ze swoja babcia nawija w ajmara w najlepsze, ale jak jak do niego mowie „kamisaki” to odpowiedzia jest zaciete milczenie. Taki sobie skutek prania mozgu przez jakie dzieciaki ajmarskie przechodza w boliwjskim systemie szkolnictwa.

Teraz ten system szkolnictwa, jak i inne aspekty podzialu Boliwijczykow na obywateli pierwszej i drugiej kategorii, powinny teraz ulegac zmianie, dzieki nowemu rzadowi. Niestety, z nowym rzadem problemy sa dwa ale zasadnicze. Po pierwsze, partia Evo Morales nie ma absolutnej wiekszosci w parlamencie, a wiec trudno im przepchnac jakiekolwiek zasadnicze zmiany. (W miedzyczasie, lud oczekuje radykalnych i natychmiastowych zmian, a nie widzac ich zaczyna sie znowu burzyc). Po drugie, Evo popelnia ten sam blad co wszystkie rzady bialasow przed nim. Ten sam rasizm co dawniej, tylko ze w druga strone. Ludzi na kierownicze pozycje wybiera sie na podstawie koloru ich pyszczka zamiast na podstawie zawartosci mozgownic. Porzadni ludzie niewlasciwego koloru sa zastepowani ludzmi o wlasciwym pochodzeniu... rasowym (nie klasowym, :wink: choc do tego blisko, bo podzial klasowy i rasowy jest w Boliwii bardzo podobny).

No zobaczymy jak dlugo ten rzad pociagnie – rozciagniety miedzy mlotem i kowadlem, czyli Indianami i elitami boliwijskimi. Jak dotad, pomimo ostrych sprzeciwow elit, udalo sie Evo zrobic pare porzadnych rzeczy, jak nowa reforma rolna, upanstwowienie przemyslu ropy naftowej (dawniej 85% dochodow szlo do miedzynarodowych korporacji, 15% dla Boliwii, teraz jest na odwrot). Tez zrobil te reformy nieco pollegalnie – potrzebowal wiekszosci absolutnej, opozycjonisci opuscili parlament, zeby nie bylo quorum, a Evo wykorzystal kruczek prawny, wg ktorego jesli dany parlamentarzysta nie moze uczestniczyc w obradach, to ma zastepce – udalo mu sie czy to przekonac czy to skorumpowac trzech z tych zastepcow, i to mu dalo wiekszosc absolutna. Opozycja w krzyk – no ale teraz nie tacy glupi, nie dadza sie nabrac na to samo drugi raz, siedza w parlamencie non stop i blokuja wszystkie reformy.

No a dla ludzi takich jak Mallku Felipe Quispe, ktorzy w demokracje nie wierza, brak zmian to kolejny dowod na to, ze Evo zdradzil idealy i ze jedynym wyjsciem jest wyrzniecie wszystkich q’aras (bialasow) i miec Boliwie dla rdzennych Boliwijczykow.

Nie jest to najoptymistyczniejszy sposob na zakonczenie moich sprawozdan, ale jakos nie moge znalezc nic weselszego.

Moze tylko dodam, ze to wszystko co napisalam dzisiaj, i szesc miesiecy temu, i trzy lata temu, i szesc lat temu, przyczynia sie coraz bardziej i bardziej do mojego ambiwalentnego stosunku do Boliwii - bo Boliwia to najpiekniejszy i najokropniejszy kraj swiata. I z dnia na dzien coraz bardziej ten kraj kocham – wlasnie dlatego, ze tak wiele tam piekna, ktorym mozna sie cieszyc, i zla, z ktorym trzeba walczyc.

pozdrawiam serdecznie
Stasia SC

_________________
Umysl jest jak spadochron - lepiej dziala, kiedy jest otwarty.


Na górę  || 
 Wyświetl profil My Galeria Zdjęć  
 
Wyświetl posty nie starsze niż:  Sortuj wg  
Nowy temat Odpowiedz w temacie  [ Posty: 9 ] 

Strefa czasowa UTC+1godz. [letni]


Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 1 gość


Nie możesz tworzyć nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz dodawać załączników

Przejdź do:  
cron
Technologię dostarcza phpBB® Forum Software © phpBB Group
Chronicles phpBB2 theme by Jakob Persson. Stone textures by Patty Herford.
With special thanks to RuneVillage