Indiańskie forum

Forum o Indianach
Dzisiaj jest 17 lipca 2019 16:20

Strefa czasowa UTC+1godz. [letni]




Nowy temat Odpowiedz w temacie  [ Posty: 8 ] 
Autor Wiadomość
Stasia
 Tytuł: Sprawozdania z Boliwii - 2010
Źródło:
PostWiadomość wysłana.: 24 maja 2010 6:45 
Offline
User

Rejestracja: 13 listopada 2006 18:38
Posty: 388
Płeć: Kobieta
Witajcie kochani!

31 maja wyjezdzamy znowu do Boliwii, a poniewaz bedziemy baaardzo zajeci, i zaloze sie, ze znacznie sie opoznie ze sprawozdaniami, wiec postanowilam wyslac pierwsze sprawozdanie zawczasu, wprowadzajac Was w klimat bagna, w jakim bedziemy tkwic po uszy.

W skrocie, wisza nad nami dwa zasadnicze problemy: fiesta w Kollasuyu i problemy w UNAR (Narodowa Jednostka Archaeologiczna). O Kollasuyu pisalam w ostatnim sprawozdaniu z zeszlego roku (dostepne tu na forum http://www.indianie.info/viewtopic.php?f=32&t=1479 oraz - ze zdjeciami - na www mojej Mamy http://romilita.w.interia.pl/Boliwia_2009.html), wiec nie bede sie powtarzac o co chodzi.

W kazdym razie, poczas naszej nieobecnosci, Pablo sie zatroszczyl o sprowadzenie figury swietego Jakuba z Kollasuyu do naszego domu w Copacabanie. Swiety wzbudza tyle nabozenstwa wsrod naszych compadres i ahijados (przyszywanych krewnych), ze przychodza cale “pielgrzymki” i sufit w pokoju gdzie swiety sie znajduje ponoc jest juz czarny od dymu swiec. Dlaczego? Ano, musimy zawrocic do poczatku, czyli do XVI wieku. Swiety Jakub (Santiago) dla Hiszpanow to byl bardzo wazny swiety, czczony w Hiszpanii jako Pogromca Arabow (bardzo czesto sie go przedstawia z wlocznia na koniu, depczac lezacych Arabow). Hiszpanie sprowadzili kult sw. Jakuba w Andy, gdzie przeistoczyl sie z Pogromcy Arabow w Pogromce Indian - w zwiazku z czym przedstawia sie go depczacego pokonanych Inkow (figura z Kollasuyu rowniez przedstawia go na koniu, ale bez deptanych Indian). Zapytacie, dlaczego Ajmarowie mieliby czcic wlasnego pogromce?! Ano, kazda moneta ma dwie strony. Hiszpanie widzieli w Swietym Jakubie pogromce niewiernych. Inkowie natomiast olali hiszpanska interpretacje i skojarzyli go z Illapa, starozytnym bogiem gromu. I tak, do dzis, Swiety Jahub/Illapa i Matka Boska/Pacha Mama, jak Andy dlugie i szerokie, to najbardziej czczone postacie z chrzescijanskiego panteonu... a pod cienka sukienka katolickich swietych ukrywa sie prastara religia andyjska.

Niestety, jesli chodzi o inne przygotowania do fiesty, to jestesmy w lesie. A wiec, przyjezdzajac do Boliwii musimy: rozgladnac sie za kucharzami/kelnerami (mamy juz mniej-wiecej zapewnionych compadres, ale trzeba omowic szczegoly); rozgladnac sie za orkiestra (na dwa dni, jakies 15 osob); zadecydowac czy wejdziemy z grupa taneczna czy nie (jesli nie to mamy spokoj, jesli tak to musimy zwerbowac silna grupe ahijados, wybrac taniec, opracowac choreografie, i zamowic stroje); no i przygotowac zarcia jak dla pulku ulanow, no bo co prawda Kollasuyu jest niewielkie, ale Qhillay Belen (wspolnota Eusebio) jest o rzut beretem, no i zapowiadaja sie liczne wizyty z innych wiosek, jak rowniez Copacabany i Cuzco (ale prawdopodobnie nikt z La Paz, no bo kto z naszych znajomych k’aras/bialasow pojawilby sie na indianskich uroczystosciach). Dodatkowo, jako sponsorzy fiesty mamy obowiazek odprawic msze katolicka itd, ale mamy nadzieje rowniez odprawic jakies nieco bardziej tradycyjne obrzedy, otwarcie odwolujace sie do Illapy.

Aha. I nawet nie myslcie pytac mnie o koszt tego calego przedsiewziecia, bo i my nie mamy bladego pojecia w co sie ladujemy. Ale za to ile szacunku spolecznego zyskamy robiac fajna fieste... W kulturze andyjskiej bogactwo materialne nie ma znaczenia - dopiero wydajac to bogactwo urzadzajac wielka fieste dla mnostwa ludzi zyskuje sie powazanie w spoleczenstwie - im wieksza fiesta, tym wiekszy szacunek (a wiec czesto widzi sie ludzi, ktorzy sie zaharowuja na smierc, zeby potem wszystko wydac w 2-3 dni takiej sponsorowanej uroczystosci).

To tyle jesli chodzi o Kollasuyu. Natomiast UNAR... uch, troche ciezko mi o tym pisac, no ale coz. Zycie w Boliwii rozami usiane nie jest, i macie prawo znac rzeczy i dobre i zle. Jeszcze w lutym 2009 wspominalam, ze UNAR popadlo w chaos administracyjny po wejsciu w zycie nowej konstytucji. Od tamtego czasu, zmienil sie dyrektor UNAR juz dwa razy, wielu pracownikow wylecialo z hukiem, przyszlosc reszty znajduje sie pod wielkim znakiem zapytania, a balagan w archiwach maja najwyrazniej niepomierny. W zwiazku z tym, nowe wladze UNAR usiluja udowodnic ze cos robia, i czemu nie zrobic tego - na nasz koszt. W zwiazku z tym, od paru tygodni jestesmy ofiarami nagonki ze strony UNAR, naglosnionej przez prase boliwijska. Szczesliwie, UNAR nie zarzuca nam, ze spowodowalismy susze (jeszcze), ale za to: 1) kopalismy w Copacabanie bez niczyjego pozwolenia, ot tak z wlasnego widzimisie (wyslalismy do UNAR internetem listy jakie wyslalo nam Ministerstwo Kultur w lutym 2008 blagajac o wykopaliska, to ich zdziwilo); 2) nie przedstawilismy sprawozdania z wykopalisk (nie, w ogole... tylko wreczylismy takowe sprawozdanie wladzom lokalnym w Copacabanie, wladzom centralnym w La Paz, jak i UNAR, jak rowniez opublikowalismy podsumowanie w boliwijskim czasopismie archeologicznym); 3) zabralismy sobie wykopane przedmioty i nie chcemy ich oddac (eee.... lata temu nasz dom zostal uznany jako oficjalny sklad UNAR, no bo UNAR nie ma przeciez innego skladu w Copacabanie).

Przyjelismy wszystkie zarzuty ze spokojem, po czym zabralismy sie za skanowanie odpowiednich dokumentow (a wyszlo tego jakichs 100 stron, niech sie zadlawia) i wyslalismy je do nowej dyrektorki UNAR (to ona robi tyle szumu, tez mloda dziewczyna jest i chce sie wykazac przed swoimi zwierzchnikami), co do obiektow to powiedzielismy, niech biora wszystko, mamy sterty worow skorup itd, tyle tego, ze sami nie mamy juz gdzie tego skladowac. Niech tylko nam dadza jakis papior, ze bedziemy miec prawo analizowac te wszystkie zbiory. Dyrektorka dokumenty przelknela, do Copacabany przyjechala zobaczyc nasz sklad... oprowadzona przez Pabla, stwierdzila, ze panuje w naszym skladzie porzadek wiekszy niz w jakimkolwiek skladzie UNAR (!), i wrocila do La Paz, nie zabierajac ze soba ani jednego przedmiotu.

No wiec, w dalszym ciagu przegladamy szpargaly UNAR, od poczatku wspolpracy (1992, wczesniej Sergio i Karen kopali w Peru), zabieramy do Boliwii sterty dokumentow, wiec jakby co, to na kazdy nowy zarzut bedziemy miec odpowiedz. Ale zapowiada sie goraco - z jednej strony UNAR, z drugiej liderzy rolnikow, wciaz naciskajacy by zrownac nasze miejsce wykopalisk z ziemia i wybudowac tam rynek rolniczy (ponoc maja klasc kamien wegielny za pare dni, 27 maja)... bedzie ciekawie. Wyglada na to, ze nie bedziemy kopac przez te trzy miesiace, tylko sciubic w laboratorium.

To tyle na razie. Aha, jeszcze dwie rzeczy, ale to juz zapowiadajac na grudzien. Wrocimy do Boliwii pod koniec roku, z dwoch powodow: odbedzie sie wreszcie slub Pabla i Juany (najwyzszy czas, najstarszy z ich czworga dzieci bedzie mial juz jakies 12-13 lat), oczywiscie my bedziemy padrinos (swiadkami). Po drugie, pare miesiecy temu dostalismy serdeczna prosbe o to, zeby byc padrinos od matury w liceum w Copacabanie - zaakceptowalismy. Powazna sprawa, bedziemy miec jakichs 100 nowych ahijados (przyda sie, w niepewnym politycznym klimacie im wiecej poplecznikow tym lepiej).

No widzicie, jeszczesmy nie wyjechali do Boliwii, a takie dlugie sprawozdanie :)

pozdrowienia jeszcze z Michigan,

Stasia

_________________
Umysl jest jak spadochron - lepiej dziala, kiedy jest otwarty.


Na górę  || 
 Wyświetl profil My Galeria Zdjęć  
 
Bot Reklamowy Reklama
 
Na górę
Stasia
 Tytuł: Re: Sprawozdania z Boliwii - 2010
Źródło:
PostWiadomość wysłana.: 13 lipca 2010 1:06 
Offline
User

Rejestracja: 13 listopada 2006 18:38
Posty: 388
Płeć: Kobieta
1-14 czerwca

Witajcie!!!

Uff, tyle sie wydarzylo w ciagu ubieglego miesiaca, ze nie wiem od czego zaczac...

No zacznijmy od poczatku. Sama podroz przebiegla nie bez wrazen - nasz lot z Grand Rapids do Chicago zostal odwolany ze wzgledu na burze w Chicago, wiec przekierowano nas przez Dallas (przy czym zawrocilismy przez Wisconsin, zeby ominac ta nieszczesna burze), i dopiero stamtad do Miami. Szczesliwie zalapalismy sie na lot do La Paz (ale wszystkie przesiadki spedzilismy biegnac z jednego samolotu do drugiego), dotarlismy spokojnie.

W La Paz ani chwili odzipu - najpierw spotkanie z niejakimi Dante i Janeth (poznalismy ich przez e-meila poprzez wspolnego znajomego), potem razem z nimi - spotkanie z nowa dyrektorka UNAR oraz dyrektorem Dziedzictwa Narodowego. Dante i Janeth to anioly, ktore spadly nam z nieba, pracuja na rzecz pomocy wspolnotom indianskim w Copacabanie, i kiedy dzienniki boliwijskie i rozne rzadowe autorytety z upodobaniem oddawaly sie obsmarowywaniu nas, Dante i Janteth staneli w naszej obronie. Podczas spotkania z dyrektorka UNAR i facetem od dziedzictwa prawie sie nie odezwalismy - Janeth mowila za troje (jest prawniczka, wiec gadane ma). Tylko jak nam zarzucano, ze czegos nie zrobilismy, to z szerokim szczerym slowianskim usmiechem (tak, tak, typu Jakub Wedrowycz :D ) wyciagalismy kolejne dokumenty - o tu, takiego a takiego dnia wreczylismy takie a takie pismidlo takim a takim wladzom...

Nastepne dni spedzilismy na roznego rodzaju zakupach w La Paz. Mielismy ciekawa - moze odrobine niebezpieczna - przygode kupujac koke. Koke w La Paz mozna kupic w malych ilosciach i drogo od sprzedawczyn na ulicach, albo tanio i w ilosciach hurtowych w miejscu zwanym DepCoca, gdzie kupuje sie nie od posrednikow lecz od producenta. Poszlismy w szesc osob: ja z Sergiem, Pablo i troje studentow Sergia z Michigan. Pablo szedl pierwszy, ja za nim, za nami Sergio ze studentami. Wchodzimy do DepCoca - Pablo spokojnie, ja tez, ale pozostalych zatrzymano przy wejsciu! Mnie warkocze i manta otwieraja wszytkie drzwi - sprzedawczynie sie do mnie usmiechaly i komplementowaly, jedna nawet sie wychylila zeby uscisnac mi reke, ale pozostalych studentow nie chciano wpuscic! Zostali otoczeni przez grupe facetow, zupelny mur. Zawrocilismy z Pablem, Sergio zaczal tlumaczyc nt. projektu, Pablo tez cos powiedzial w ajmara, powolali sie na jednego znajomego z Achacachi, ktory jest znanym autorytetem wsrod Ajmarow, ostatecznie dali nam przejsc i kupic wor koki. O co chodzilo - zdarzylo sie pare razy, ze dziennikarze uzyli zdjec z DepCoca w artykulach n/t produkcji kokainy, wiec cocaleros (producenci koki) sa bardzo drazliwi na punkcie bialasow wchodzacych do DepCoca (nawiasem mowiac, byloby wyjatkowo nieoplacalne produkowac kokaine z koki kupionej w DepCoca, ze wzgledu na koszty transportu itp - nielegalne laboratoria znajduja sie w poblizu pol uprawnych, a nie w La Paz).

Tego samego dnia mielismy przygode z rasizmem bardziej powszedniego gatunku. Poszlismy do pacenskiego zoo - kolejka na pol kilometra, wlasciwie dwie: jedna na kupienie biletow, druga na samo wejscie do zoo. Kupilismy bilety i grzecznie chielismy sie wladowac do drugiej kolejki - straznik kiwa reka, wejdzcie, wejdzcie. Wchodzimy do zoo - a Pabla zatrzymuja. Indianie na koniec kolejki. Okazuje sie, ze bialasy wchodza od razu, a Indianie maja czekac w kolejce i przepuszczac kolejnych bialasow. (Ciekawe, czy prezydentowi tez kazaliby czekac.). Sergio sie wsciekl, wydarl sie na straznika, i wpuscili Pabla razem z nami, ale cala wycieczka zostala popsuta...

W piatek 4 czerwca wyjazd do Copacabany. Mielismy wyjechac wczesnie, ale robiac rozne zakupy sie dosyc opoznilismy. Pablo zakazal nam obiadu - bo “Juanita gotuje”. No wiec glodni jak pieron dotarlismy kolo czwartej-piatej po poludniu do Copacabany. A w domu czekaly na nas… fajerwerki, owacje, i girlandy kwiatow przygotowane przez wielka delegacje z copacabanenskiego liceum. Jak sie okazalo, to nie Juanita gotowala, tylko delegacja - przyjeli nas wspanialym lechon (pieczony prosiak) no i oczywiscie duzymi ilosciami piwa. W ten sposob sformalizowalismy nasza zgode na bycie padrinos maturzystow - list wyslany faksem to nie to samo co uroczyste wyrazenie zgody w obecnosci swiadkow!!

Nastepnego dnia mielismy odrobine odzipu, a w niedziele wzielismy udzial w uroczystych obchodach podwojnego swieta: dzien nauczyciela w calym kraju, a lokalnie 59ta rocznica utworzenia Prowincji Manco Kapac (=Polwysep Copacabana). Przedefilowalismy z naszymi nowymi ahijados (jak rowniez z studentami Sergia - wszystkie panny paradowaly w moich pollerach, przy czym jedna, co ma dwa metry wzrostu, to wygladala raczej komicznie), a po paradzie zaprosilismy wszystkich do domu, planujac/omawiajac szczegoly kolejnych uroczystosci zwiazanych z przyjeciem nowych ahijados. W poniedzialek - znowu uroczystosci. Poniewaz Dzien Nauczyciela wypadl w niedziele, kiedy zajec w szkole z zalozenia nie ma, wiec szkolny program obchodow odbyl sie w poniedzialek. Jako nowi padrinos zostalismy zaproszeni, i przy okazji zrobilismy obchod szkoly, zapisujac roznego rodzaju braki i potrzeby - a bylo ich duzo. Liceum w Copacabanie niewiele rozni sie od szkol wiejskich, ktorych glownym celem i ambicja jest produkowanie tanich robotnikow. Cala nauka nastawiona jest na wierne kopiowanie (czy to z tablicy, czy to z lektury), w zwiazku z czym laboratoria fizyki i chemii nie maja zadnego wyposazenia (przeciez wystarczy uczyc sie z ksiazki), biblioteka straszy pustymi polkami (no bo wystarcza czytanki w podreczniku, od ambitniejszej lektury mogloby sie uczniom w glowach przewrocic), a pracownia komputerowa nie ma ani jednej drukarki (bo przeciez najlepszy sposob na szkolenie sie w Wordzie i Excelu to przepisywanie do zeszytu wszystkiego co sie wyprodukowalo na ekranie).

Nastepne dni ulpynely na naradach, opracowywaniu strategii dzialan wzgledem UNAR. Janeth naprawde spadla nam z nieba, cytuje prawa (wlaczajac nowa konstytucje) z pamieci, wiec razem z nia przygotowalismy sprawozdanie z dzialan projektu 2008-2009 – raptem 6 stron, ale z 22 saznistymi aneksami, wiec calosc ponad 70 stron.

W czwartek 10 mielismy wizyte dyrektorki UNAR. Radosnie nam oznajmila, ze _wszystkie_ sprawozdania Projektu Yaya-Mama, od samego poczatku (1992 rok) sie gdzies zawieruszyly, w zwiazku z czym mamy dwa tygodnie na to by skopiowac i zeskanowac wszystkie sprawozdania, pozwolenia, i tym podobnie papiery UNAR, i wreczyc jej jedna kopie wydrukowana i jedna kopie na CD. Dla sprawozdan 1996-2009 byloby to wreczenie po raz drugi (no bo sprawzdania wrecza sie co roku, aby uzyskac pozwolenie na wykopki na rok nastepny), natomiast jesli chodzi o sprawzdania 1992-1995 bedzie to wreczenie po raz trzeci (poniewaz UNAR, pomimo zmieniajacych sie dyrektorow, ma nieustajacy talent jesli chodzi o gubienie dokumentow i sprawozdania z tych lat byly juz wreczone dwa razy). Jak sie zdaje, wszystkie miedzynarodowe projekty archeologiczne w Boliwii maja przekichane, ale my mamy przekichane podwojnie poniewaz istnieje konflikt osobisty miedzy dyrektorka UNAR a naszym Eduardo.

No wiec nastepne dni uplynely na organizowaniu w kupe wszystkich papierow od 1992 roku poczawszy (szczesliwie Eduardo nas uprzedzil, i przywiezlismy z Michigan wiekszosc dokumentow), z przerwa 15 i 16 czerwca, ale to juz moze na nastepny odcinek. :D

Usciski,

Stasia SC

_________________
Umysl jest jak spadochron - lepiej dziala, kiedy jest otwarty.


Na górę  || 
 Wyświetl profil My Galeria Zdjęć  
 
Stasia
 Tytuł: Re: Sprawozdania z Boliwii - 2010
Źródło:
PostWiadomość wysłana.: 13 lipca 2010 1:26 
Offline
User

Rejestracja: 13 listopada 2006 18:38
Posty: 388
Płeć: Kobieta
15-30 czerwca

Witajcie!

15 i 16 czerwca mielismy odrobine odpoczynku od bzdurnej papierkowej roboty. We wtorek 15 odbyly sie wybory „ñusta”, czyli lokalnego odpowiednika miss pieknosci, w liceum w Copacabanie. Ja i Sergio bylismy wsrod sedziow konkursu, i na poczatku to w ogole prosili Sergia zeby opowiedzial cos na temat wyborow ñusty w czasach inkaskich!! :D Sergio ze zgroza w oczach wyszeptal ze to przeciez obyczaj europejski, wiec dali mu spokoj. Co do kandydatek. Hm. Idealem inkaskiej pieknosci sa przesadnie wymalowane panienki z rozpuszczonymi wlosami, owiniete jedynie w awayu (czesto maszynowej roboty), tanczace dziwny taniec nie majacy za wiele wspolnego z tradycyjna muzyka Andow, ani pod wzgledem choreografii, ani rytmu. :? Ze tak powiem, duzo sie dowiedzielismy na temat wyobrazenia na temat Inkow jakie maja copacabanenscy uczniowie, rodzice i nauczyciele!! :D

16 czerwca odbyla sie uroczystosc Toma de Nombre, czyli uroczysty akt przyjecia przez uczniow naszego imienia jako nazwy promocji. Najpierw msza sw. (ktora miala sie zaczac 1:30, ale zaczela sie dopiero o 3!), potem przemaszerowalismy do lokalu, troche przemow, a potem wielka biba. Ku pochwale nowych ahijados musze powiedziec, ze zdecydowana wiekszosc nie tknela alkoholu, a wszyscy tanczyli fantastycznie. Wszystko poszlo dobrze, z wyjatkiem pamiatkowych znaczkow, ktore powinnismy byli wreczyc naszym ahijados: owe znaczki zamowilismy tydzien wczesniej w La Paz, ale nie dotarly na czas (ostatecznie dotarly... dwa tygodnie pozniej, i to wyjatkowo kiepskiej roboty). Ot boliwjskie podejscie do czasu.

Nastepne dni spedzilismy na kopiowaniu i skanowaniu nieszczesnych dokumentow. W poniedzialek 21 czerwca o swicie wdrapalismy sie na wzgorze Sillutani, przywitalismy wschod slonca uroczysta ofiara dla Pacha Mama. Tego samego dnia po poludniu wzielismy udzial w dwoch uroczystosciach Cabo de Año (koniec zaloby): syna sasiadki oraz tescia znajomego nauczyciela, biegalismy z jednego lokalu do drugiego (szczesliwie oba na tej samej ulicy), zeby zaznaczyc nasza obecnosc na obu uroczystosciach i zapewnic sobie gosci na nasza fieste na czesc Swietego Jakuba w Kollasuyu. Nastepnego dnia regenerowalismy sily, a we srode - obchody swieta Swietego Jana, organizowane przez rodzine Matilde i Victora (ta sama rodzina z ktora tanczylismy ku czci Matki Boskiej Gromnicznej w lutym 2009). Znowu hulanka i potancowka, przy czym zmylismy sie kolo 9 wieczor, i pojechalismy do Kollasuyu, podpalac trawy. To taki zwyczaj - poniewaz jestesmy w pelni pory suchej, podpala sie trawy i krzewy na wzgorzach, aby popiolem uzyznic ziemie. Zwyczaj ostatnio kontrowersyjny (rzad grzmi, ze w ten sposob Boliwia przyczynia sie do wzrostu ilosci CO2 w powietrzu), ale my go popieramy, raz, ze na wlasne oczy widzielismy, ze nowe trawy lepiej rosna wsrod popiolow, i dwa ze to wielka frajda podpalac trawy i krzewy - a ze tlenu na naszych wysokosciach to za wiele nie ma, wiec iskry gasna w powietrzu i za Chiny Ludowe nie da sie zrobic powazniejszego pozaru (nawet wyczerpujac dwa pudelka zapalek, na osobe!). :D

25 czerwca mielismy spotkanie z facetem tak dziwnym, ze nastepnego dnia rano zadzwonilam do mojej Mamy (jako najlepszej wrozbitki jaka znam na obu polkulach :) ), zeby sie zapytac co o nim sadzi. Facet (ma na imie Gary) jest Amerykaninem, spotkali sie z jednym z Sergiowych studentow w kafejce interentowej. Gary gadane to ma - pierwszego dnia przekonal nas, ze jest milionerem i ze zaplaci za renowacje Cundisy, plus kupi taki jeden hotel w Copacabanie, zeby wreczyc go rolnikom, coby mieli ten niesczesny rynek rolniczy. Gary rzuca faktami, nazwami i nazwiskami, ktore sa prawdziwe i potwierdzalne, wiec trudno mu nie wierzyc - a z drugiej strony, ubiera sie ubogo i zatrzymuje sie w najtanszym hoteliku w Copacabanie. Milioner-ekscentryk, szaleniec czy szarlatan???? Z ta niepewnoscia poszlismy spac 25 czerwca. No wiec zadzwonilam do Mamy, z pytaniem, co mamy myslec o panu Gary (przy czym nie podalam jej naszych interpretacji, ani nic o nim nie opowiedzialam, zeby jej nic nie zasugerowac)?! Po godzinie Mama zadzwonila z odpowiedzia, ze: Gary to ani przyjaciel ani wrog; to czlowiek, ktory wierzy w to co mowi, ale buduje plany bez funduszy, i pcha sie w bledne inwestycje.

Im dluzej znamy pana Gary, tym bardziej jest oczywiste, ze moja Mama miala racje w 100%.... I tak przeminely z wiatrem nasze marzenia o czeku na milion dolarow (ktory Gary mial nam wreczyc na cele Cundisy, jak tylko uda mu sie zalatwic jakis-tam biznes w Santa Cruz). Ale te marzenia fajne byly poki trwaly!!!

Zeby zapomniec o Garym, pod koniec czerwca ucieklismy na trzy dni do Soraty, odnawiajac stare znajomosci i zwiedzajac miejsca turystyczne (pod zwgledem archeologicznym Sorata nic szczegolnego nie ma, ale jesli chodzi o pejzarze to jest to cudowne miejsce).

Sprawozdania 1992-2009 wreczylismy dyrektorce UNAR w obecnosci pani minister d/s kultur juz w lipcu, ale o tym to juz bedzie w nasptepnym sprawozdaniu (prawdopodobnie dopiero po 25 lipca, bo teraz jestesmy w pelni ostatnich przygotowan do naszej fiesty w Kollasuyu).

Usciski,

Stasia SC

_________________
Umysl jest jak spadochron - lepiej dziala, kiedy jest otwarty.


Na górę  || 
 Wyświetl profil My Galeria Zdjęć  
 
Stasia
 Tytuł: Sprawozdania z Boliwii - 2010
Źródło:
PostWiadomość wysłana.: 05 sierpnia 2010 16:34 
Offline
User

Rejestracja: 13 listopada 2006 18:38
Posty: 388
Płeć: Kobieta
1-15 lipca

Witajcie!!

Swieta, swieta, i po swietach :D

Ale zacznijmy od poczatku. 1 lipca mielismy spotkanie w La Paz z pania minister kultur (spiewaczka Zulma Yugar), wiceministrem od… miedzykulturowosci (?!? wybaczcie slowotworstwo, po hiszpansku interculturalidad), dyrektorem Dziedzictwa Narodowego oraz dyrektorka UNAR. W obecnosci wszystkich tych osobistosci wreczylismy dyrektorce UNAR kopie sprawozdan z lat 1992-2009, przy czym nie moglam sie powstrzymac od wyburczenia pod nosem „wreczamy po raz trzeci i oby ostatni”. Reszta spotkania poswiecona byla problemowi Cundisy oraz innych zabytkow archeologicznych w Copacabanie.

Pierwszy tydzien lipca odwiedzili nas rodzice jednej ze studentek Sergia, niestety, nie moglismy zabrac ich na zwiedzanie ciekawych miejsc, poniewaz kobieta prawie caly czas cierpiala na chorobe wysokosciowa, a do tego ma porazajacy lek wysokosci - bala sie nawet podczas jazdy samochodem waskimi gorskimi drogami.

We czwartek 8 lipca przyjechala komisja z ministerstwa (zobaczyc miejsca o ktorych rozmawialismy z pania minister tydzien wczesniej), we srode 14 lipca pojechalismy do Tiahuanaco ze wspolnota Huayllani, a potem to juz pelna para przygotowywalismy sie do fiesty w Kollasuyu.

Co do tej wyprawy do Tiahuanaco, to mielismy niezle korowody biurokratyczne. Za daaawnych czasow (tj jakis rok temu :D ) to sie staralo o pozwolenie na wejscie za darmo do ruin w UNAR - dawali odpowiedni papierek i z tym sie wchodzilo bez problemu. Teraz nastapila decentralizacja, Tiahuanaco to juz w ogole UNAR nie podlega, o wszystko trzeba sie starac w burmistrzostwie miasta Tiahuanaco. Kilka dni przed wycieczka wyslalismy faksem do burmistrzostwa podanie o wejscie, ze to z indianskiej wspolnoty, poznac ich dziedzictwo kulturowe, etc. Przez telefon dostalismy zapewnienie, ze podanie doszlo i wszystko gra. Dojezdzajac do Tiahuanaco jeszcze raz przez telefon sie upewnilismy, ze wszystkie papiery sa w porzadku. Z zadowolonymi minami wchodzimy do administracji ruin, a tu - nikt o niczym nie wie. Pora obiadowa, wiec burmistrza tez nie ma. Od Annasza do Kajfasza, w koncu dobilismy sie do panienki, z ktora wszystko zalatwialismy przez faks i telefon - nadobne ajmarskie dziewcze, ktore na pewno ma wiele zalet, ale umiejetnosci dzialania w sekretariacie do nich nie naleza. Z papierkiem od niej wracamy do ruin - nie, taki papierek mocy urzedowej nie ma. Kurcze blade! W koncu Pablo dopadl jakiegos znajomego, ktory szczesliwie teraz pracuje w urzedzie miasta, i ten wyprodukowal papierek, ktory moc urzedowa posiadal. W miedzyczasie glosno narzekalismy (zeby wszyscy slyszeli), ze jak to tak, kiedy wladza byla w rekach UNAR to nigdy nie mielismy problemow, a teraz jak Ajmarowie z Tiahuanaco rzadza to wlasnym ziomkow nie chca wpuscic.

Dzien po wyprawie do Huayllani - 15 lipca - zaczela sie straszliwa wichura. Przez cztery dni zadna lodz nie mogla opuscic przystani, i smetne grupy turystow chcace dostac sie na Wyspe Slonca musialy obejsc sie smakiem (z naszych okien mamy swietny widok na przystan, wiec kazdego ranka widzielismy 30-50 snujacych sie turystow). Wiatr byl silniejszy po naszej stronie polwyspu, ale wialo tez i w Tiquina, wiec przez jakies dwa dni nie bylo przeprawy do La Paz. Jakie szczescie, ze zdecydowalismy sie jechac we srode do Tiahuanaco, a nie we czwartek!

Co do fiesty w Kollasuyo, to rozdziele to juz na nastepne sprawozdanie,
Usciski na razie,

Stasia SC

_________________
Umysl jest jak spadochron - lepiej dziala, kiedy jest otwarty.


Na górę  || 
 Wyświetl profil My Galeria Zdjęć  
 
Stasia
 Tytuł: Sprawozdania z Boliwii - 2010
Źródło:
PostWiadomość wysłana.: 05 sierpnia 2010 16:44 
Offline
User

Rejestracja: 13 listopada 2006 18:38
Posty: 388
Płeć: Kobieta
16-25 lipca

Witajcie!!

Od polowy lipca przygotowywalismy sie do naszej fiesty. Najpierw zaprojektowalismy zaproszenie (wynik pracy zbiorowej czlonkow projektu: Sergiowe zdjecie Kollasuyu; moje zdjecie Illampu; Pablowe zdjecie figury swietego Jakuba; studenci z Michigan sciagneli z sieci zdjecia piorunow i zlozyli wszystko do kupy; i wreszcie razem z Sergiem i Pablem stworzylismy tekst zaproszenia), i zaczelismy roznosic po wszystkich compadres i innych znajomych.

Coco (bratanek Sergia) zalatwil nam tradycyjne stroje z Chumbivilcas (okolice Cuzco), do tanca Cholo Qorilazo. „Qorilazo” to mieszanka keczua-hiszpanskiego, znaczy „Zlote Lasso”, jest to taniec pasterzy (zeby nie powiedziec kowbojow:) z Chumbivilcas. Namowilismy na tanczenie roznych naszych compadres i ahijados, coby miec silna grupe taneczna podczas naszej fiesty, ale skad nauczyc sie krokow?! No wiec w piatek 16 lipca przyjechal z Cuzco instruktor tanca, mlody chlopak, student uniwersytetu w Cuzco, nieprawdopodobnie niesmialy: nic nie mowi, jak nikt sie do niego nie odzywa to ucieka do kacika, ale - jak tanczy to calkowicie traci ta niesmialosc. Biedak niezle sie napocil uczac nas krokow i meskich, i kobiecych! Wideo, z ktorego sie uczylismy, jest na YouTube:

http://www.youtube.com/watch?v=kKzaUup11aQ

przy czym nasz instruktor a) uproscil kroki kobiece i b) odrobine uproscil choreografie. Ale w sumie nasz taniec wygladal dosc podobnie (i stroje sa prawie identyczne).

Instruktor pozostal do niedzieli, potem cwiczylismy sami - kazdego wieczoru od okolo 6 do 11 wieczorem. Dwa razy w ciagu ostatniego tygodnia przed fiesta musielismy jechac do La Paz, zeby przywiezc roznego rodzaju zaopatrzenie (jedzenie, naczynia, etc), i nawet wtedy - po calym dniu biegania po La Paz - dalej cwiczylismy taniec qorilazo.

W piatek 23 lipca dotarli do Copacabany Coco i Mildred, przywozac wynajete stroje qorilazo (do tej pory cwiczylismy w strojach tutejszych). Przywiezli 16 par - jedna para dla mnie i dla Sergia, reszta dla compadres, ahijados, jak rowniez studentow z USA. (Student Justin, ktorego wczesniej ochrzcilismy „dona Justina” ze wzgledu na dlugie wlosy, otrzymal teraz przydomek Cholo Qorilazo, poniewaz swietnie wylapal rytm tanca i w zwiazku z tym zostal nominowany przewodnikiem tancerzy).

Nastepnego dnia raniutko zjawil sie zespol muzyczny z Cuzco - „Los Inkas del Peru”, zeby grac nam muzyke qorilazo w Kollasuyu. Oprocz nich rowniez wynajelismy orkiestre deta z Ch´isi, ale oni to z muzyki peruwianskiej to mogliby zagrac tylko huayno huancaino, innych nie znaja. (My zaplacilismy muzykom z Ch´isi, Coco zaplacil za muzykow cuzkenskich, wynajem strojow i pobyt instruktora).

Kolo poludnia zaczeli sie zbierac wszyscy nasi tancerze. Oprocz qorilazo, nasi nowi ahijados z liceum w Copacabanie zdecydowali sie towarzyszyc nam z tancem t´inku. Okolo czwartej po poludniu, wyruszylismy z domu uroczysta karawana: na przodzie tancerze t´inku, z przygrywajaca im orkiestra z Ch´isi; potem nasz samochod, udekorowany tkaninami, z rzezbami Santiago na gorze (obie rzezby z Kollasuyu, oplacilismy ich restauracje); potem szesciu compadres w strojach qorilazo na koniach (comadres wzbranialy sie paradowac przez Copacabane w strojach qorilazo, wiec zamiast tego compadres zdecydowali sie jechac konno); potem ja i Sergio, w strojach qorilazo, ja trzymajac w rekach malutka rzezbe Sw. Jakuba (ktora kupilismy specjalnie na ta okazje); potem jakies 7 par tancerzy qorilazo, przewodzonych przez Justina, z zespolem z Cuzco grajacym muzyke qorilazo.

Tamczac przedefilowalismy przez cale miasteczko, az na cmentarz - tam zaladowalismy sie do samochodow, i pojechalismy do Kollasuyu. Tam zostalismy przyjeci przez comunarios (czlonkow wspolnoty), jak rowniez kupe nieznanych ludzi. Od jakichs 20 lat nie bylo fiesty z okazji dnia patrona wspolnoty - wielu comunarios wyjechalo szukac szczescia w miescie, z tych co zostali wielu stalo sie protestantami, reszta to sami staruszkowie, i tak zwyczaj fiesty zaginal. Teraz zjechali sie wszyscy, po raz pierwszy zobaczylismy Kollasuyu prawdziwie tetniace zyciem! Uroczyscie wprowadzilismy rzezby Sw. Jakuba do kaplicy, potem odtanczylismy taniec qorilazo, no a potem wielka biba, z ogniami sztucznymi oplaconymi przez Pabla i Juane.

Nastepnego dnia - msza, potem wiecej tancow i wiecej picia. Oprocz qorilazo i t´inku rowniez zjawil sie zespol i tancerze waka tiya (podobne do waka waka) z sasiedniej wspolnoty Qhillay Belen.

Te dwa dni byly tak fantastyczne i pelne wrazen!... Cale szczescie, ze tanczylismy przez caly tydzien po kilka godzin dziennie, dzieki temu wytrzymalismy te poltora dnia tanca prawie non stop!

Mielismy okolo 400 gosci. Odwiedzili nas rozni znajomi z Copacabany, przyjechala jedna rodzina z Soraty, ale nikt z La Paz (no bo kto z miastowych odwiedzilby indianska fieste, i to na jakims wygwizdowie).

No i tyle przygotowan, i wydatkow, i zmartwien, a przeszlo wszystko jak sen, pozostalo tylko wspomnienie, i swiadomosc, ze nie bylibysmy w stanie przygotowac tak swietnego swieta bez wsparcia, pomocy i rad naszych compadres i serdecznych przyjaciol z Copacabany i Cuzco – niektorych juz wymienilam w sprawozdaniu, ale brakuje wspomniec compadre Clemente, ktory sluzyl nam jako mistrz ceremonii; dona Blanca, ktora zmobilizowala maturzystow do tanca t´inku; comadre Asunta, ktora pilnowala napitkow, zeby nie brakowalo nikomu, ale i zeby nie „gubily sie” butelki; compadres Dionisio i Angelica, ktorzy ugoscili nas w swoim domu; compadres Julia i Delfin, ktorzy pozyczyli nam koce na pobyt w Kollasuyu, jak rowniez ofiarowali swoj hotelik dla naszych gosci spoza Copacabany; comadre Matilde, ktora pozyczyla nam wielkie garnki na gotowanie dla pulku ulanow; i wszyscy nasi compadres i ahijados, ktorzy pomogli w przygotowaniach do swieta, jak rowniez uczestniczyli w tancu qorilazo. Wobec nich wszystkich zaciagnelismy wielki dlug, ktory bedziemy splacac przez dlugi czas...

I to by bylo na tyle.

Usciski,

SSC

_________________
Umysl jest jak spadochron - lepiej dziala, kiedy jest otwarty.


Na górę  || 
 Wyświetl profil My Galeria Zdjęć  
 
dbname
 Tytuł: Sprawozdania z Boliwii - 2010
Źródło:
PostWiadomość wysłana.: 13 sierpnia 2010 20:42 
Offline
User

Rejestracja: 10 lipca 2009 18:20
Posty: 6
Lokalizacja: Kraków
Płeć: Mężczyzna
Witam,
znalazłem w Internecie: http://www.informador.com.mx/cultura/20 ... panico.htm :)

pozdrawiam!
--
darek

_________________
Zmienność jest gwarantem przetrwania.


Na górę  || 
 Wyświetl profil  
Stasia
 Tytuł: Re: Sprawozdania z Boliwii - 2010
Źródło:
PostWiadomość wysłana.: 19 sierpnia 2010 4:45 
Offline
User

Rejestracja: 13 listopada 2006 18:38
Posty: 388
Płeć: Kobieta
dbname pisze:


:D :D :D Hihihi, uderz w stol, a nozyce sie odezwa. :wink: Zdjecie nie jest z naszych wykopek. Soledad juz nie jest dyrektorka UNAR, przyjeto jej rezygnacje w poniedzialek 16. Bedzie wiecej nowosci, bo po konferencji jakka Sergio dal w Ministerstwie Kultur to zaczeli wydzwaniac roznego rodzaju dziennikarze.

(sprawozdanie wkrotce, jak nieco odzipne - pare godzin temu dotarlismy do Michigan).

_________________
Umysl jest jak spadochron - lepiej dziala, kiedy jest otwarty.


Na górę  || 
 Wyświetl profil My Galeria Zdjęć  
 
Stasia
 Tytuł: Sprawozdania z Boliwii - 2010
Źródło:
PostWiadomość wysłana.: 26 sierpnia 2010 4:08 
Offline
User

Rejestracja: 13 listopada 2006 18:38
Posty: 388
Płeć: Kobieta
26 lipca - 18 sierpnia

Witajcie!!

Przez pierwsze dni po fiescie to glownie odpoczywalismy, jak rowniez splacalismy dlugi - placac orkiestrze, facetowi, ktory sfilmowal cale przedsiewziecie, wlascicielowi pieca, w ktorym upieklismy trzy swinie (no jak sie ma 400 gosci...), i tak dalej. Uch, ta cala impreza to naprawde kosztowala w pierony.

We czwartek 29 lipca mielismy wizyte wiceministra miedzykulturowosci - po raz pierwszy od poczatku projektu, jakikolwiek dygnitarz rzadowy przekroczyl prog naszego domu! Bardzo mily czlowiek, Indianin ze wschodniej, nizinnej czesci Boliwii. Pokazalismy mu laboratorium, jak rowniez Ch’isi (jako jedyna odbudowana swiatynie Yaya-Mama) oraz Mallku Pukara (ruiny najwyzej polozonej swiatyni Yaya-Mama, 4221 m.n.p.m.). Mielismy tez jechac do sampaya podziwiac tarasy rolnicze, ale nie starczylo czasu - komisja musiala wracac do La Paz.

W sobote 31 lipca my pojechalismy do La Paz - podziwiac Entrada Universitaria, czyli parade 1800 studentow uniwersytetu San Andres, przedstawiajacych roznorodne tance tradycyjne Boliwii, wszystko oczywiscie na glownej alei w samym centrum La Paz (juz kiedys pisalam, ze wszelkiego rodzaju parady i inne celebracje odbywaja sie zawsze na glownych ulicach, korkujac juz i tak uciazliwy ruch drogowy w tym pieknym miescie). Poniewaz w tym roku zjawilismy sie w Boliwii dwa dni po Entrada de Gran Poder, ktora zwyczajowo ogladamy w pierwszych dniach czerwca, wiec przyjechalismy na Entrada Universitaria, coby studenci z Michigan sobie obejrzeli i dostali oczaplasu od ogromnej ilosci roznorodnych (i z roku na rok coraz bardziej blyszczacych) strojow.

A propos studentow. W tym roku trafila sie najlepsza grupa ze wszystkich. O Justinie (alias donii Justinie, alias Cholo Qorilazo :) ) juz wspomnialam. Pomimo, ze jego hiszpanski byl najslabszy, to czul sie wsrod naszych compadres i maestros jak ryba w wodzie, do tego stopnia, ze Pablo i paru innych pod koniec podeszli do nas z petycja, zeby Justin wrocil w grudniu! Druga studentka to Kehli - to jej rodzice odwiedzili nas w lipcu. Kehli, niestety, na pobycie w Boliwii zyskala glownie jakies dziadostwo w przewodzie pokarmowym: miala problemy zoladkowe prawie caly czas. Trzecia studentka to Lauren - na jej widok wielu Ajmarow stekalo “ujj, ales wyrosla!”, bo jako dwumetrowa pannica hm, rzucala sie w oko :D ) Nic dziwnego, ze zostalo jej nadane przezwisko “Alteña” :D ) Dodatkowo, wrocila Renee alias “Waka Waka”, studentka ktora pracowala z nami w Cundisie w 2008. Oprocz tego mielismy Sare, specjalistke od antropologii fizycznej, doktorantke jednego bylego studenta Sergia. Sara teoretycznie miala byc z nami przez dwa tygodnie, a potem jechac do Arequipy, zeby tam pracowac z innym projektem archeologicznym. Pojechala, po czym... wrocila po tygodniu, i zostala z nami prawie do konca! Usprawiedliwila swoj powrot tym, ze w Arequipie ludzie byli do bani, a poza tym, “mumie smierdza” (wybrzeze perwianskie to pustynia, wiec stan zachowania starozytnych zwlok jest znacznie lepszy niz na naszych wykopkach). Sara razem z Justinem przewodzili tancerzom qorilazo, i podsmiechiwalismy sie z nich, ze sa para nie tylko do tanca. Kto ich tam wie, Sara ma zamiar odwiedzic Michigan we wrzesniu :roll:

1 sierpnia, urodziny Karen, jak zwykle spalilismy ofiare dla Matki Ziemi, potrojna: trzy ofiary na jednym stosie. Nawiasem mowiac, dwa lata temu nastapila zmiana na stanowisku oficjalnego yatiri projektu. Nasz drogi Eusebio jest nie tylko szamanem ale i wytrawnym politykiem - od kiedy zaczely sie problemy wokol Cundisy, Eusebio zaczal nas unikac. W 2008 i 2009 nasze ofiary odprawiali rozni yatiri, ale w tym roku oficjalnie przyjelismy jako naszego szamana niejakiego Angela - niewykluczone, ze nigdy wczesniej o nim nie pisalam, ale jest to czlonek projektu od 1994, i jest tez zielarzem.

Potem bylo szalenstwo Feria de Copacabana, a w piatek 6 sierpnia mielismy niewielka uroczystosc - przyjechala z La Paz rodzina Juany, no i Pablo i Juana oficjalnie poprosili nas o bycie padrinos od slubu religijnego, a ciotke i wuja Juany (Elsa i Claudio) o bycie padrinos od slubu cywilnego.

We czwartek 12 sierpnia Sergio dal prezentacje na temat projektu Yaya-Mama przed wiceministrem od miedzykulturowosci oraz pania minister d/s kultur: w poniedzialek mial dac ta sama prezentacje w obecnosci prasy, w siedzibie ministerstwa, i pani minister chciala wiedziec o co chodzi. Noc z czwartku na piatek spedzilismy w domu Elsy i Claudia, i razem z nimi,Pablem, Juana i studentami poszlismy do Peña Marka Tambo - restauracji z muzyka na zywo, w wykonaniu mistrza charango Pepe Murillo (przyklad jego wystepu na http://www.youtube.com/watch?v=cE7mCyB85y4). Wystep Pepe Murillo zakonczyl sie kolo pierwszej, potem do trzeciej w nocy siedzielismy ogladajac na wideo morenadas - nasi nowi compadres Claudio i Elsa od lat tancza w “Morenada Señorial Chacaltaya 97.16": najwiekszej grupie folklorystycznej bioracej udzial w Entrada de 16 de Julio. Entrada 16 de Julio jest podobna do Entrada de Gran Poder, tyle, ze odbywa sie w El Alto, i jak sama nazwa wskazuje, co roku 16 lipca. Morenada Chacaltaya to najwieksza comparsa (grupa taneczna) bioraca udzial w tej paradzie, liczy okolo 1800 (tysiac osiemset!!) tancerzy!!! Sa tak znani, ze co roku zapraszaja znane zespoly foklorystyczne, zeby nie tylko im przygrywaly, lecz - by im napisaly piosenke (na przyklad: Kalamarka http://www.youtube.com/watch?v=7mZZPDC5mTc, Awatiñas http://www.youtube.com/watch?v=D3hjvLptVHM, Savia Andina http://www.youtube.com/watch?v=eh5PDeBKpq0, Los Kjarkas http://www.youtube.com/watch?v=sNCHi4iYVHY).

Dlaczego rozpisuje sie o tym tak dlugo - ano... nasi nowi compadres beda sponsorami Chacaltaya za dwa lata!!!! I.... zaprosili nas zebysmy z nimi tanczyli :D

17 sierpnia wylecielismy z El Alto do Stanow.

Nastepnie sprawozdania w grudniu - wracamy na slub Pabla i Juany (18 grudnia) oraz na uroczystosci okolomaturalne :D

usciski,

Stasia SC

_________________
Umysl jest jak spadochron - lepiej dziala, kiedy jest otwarty.


Na górę  || 
 Wyświetl profil My Galeria Zdjęć  
 
Wyświetl posty nie starsze niż:  Sortuj wg  
Nowy temat Odpowiedz w temacie  [ Posty: 8 ] 

Strefa czasowa UTC+1godz. [letni]


Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 1 gość


Nie możesz tworzyć nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz dodawać załączników

Przejdź do:  
cron
Technologię dostarcza phpBB® Forum Software © phpBB Group
Chronicles phpBB2 theme by Jakob Persson. Stone textures by Patty Herford.
With special thanks to RuneVillage