Indiańskie forum

Forum o Indianach
Dzisiaj jest 17 lipca 2019 16:50

Strefa czasowa UTC+1godz. [letni]




Nowy temat Odpowiedz w temacie  [ Posty: 13 ] 
Autor Wiadomość
Stasia
 Tytuł: Bolivia 2009
Źródło:
PostWiadomość wysłana.: 04 lutego 2009 17:06 
Offline
User

Rejestracja: 13 listopada 2006 18:38
Posty: 388
Płeć: Kobieta
Styczen 2009

Witajcie!!

Styczen uplynal nam wybitnie spokojnie - zadnych slubow, no bo przeciez rok jest nieparzysty, wiec moglismy sie poswiecic pracy w laboratorium. 20 stycznia swietowalismy objecie urzedu prezydenckiego przez Obame (jak Sergio tlumaczy Ajmarom, to taki amerykanski Evo :? ). 25 stycznia swietowalismy urodziny Pabla (od samego rana) oraz wyniki konstytucyjnego referendum w Boliwii (wieczorem, jak juz ogloszono wstepne wyniki).

O konstytucji napisze szczegolowo w osobnym mailu.

Wracajac dzien przed referendum, w sobote 24 stycznia odbyla sie inauguracja swieta Alasitas. Podczas tego swieta (tu w Copacabanie trwa dwa dni, w La Paz ciagnie sie az trzy tygodnie!) pojawiaja sie kramiki sprzedajace miniatury wszystkiego czego sobie kto zyczy: pieniedzy (realistyczne miniatury banknotow boliwijskich, dolarow i euro wydrukowane w kolorze i po obu stronach), samochodow (dostepne we wszystkich markach, modelach i kolorach), sklepow (jak kto sobie zyczy: spozywczy, miesny, artykulow gospodarstwa domowego, itd.), restauracji (w tym rowniez kafejek internetowych), domow (wszelkiej wielkosci i wysokosci; kto mysli o budowie domu, a nie o kupnie, moze rowniez kupic miniatury cegiel, workow cementu, wiader i w ogole wszelkiego rodzaju materialow i narzedzi budowlanych), zwierzat hodowlanych, dyplomow uniwersyteckich, paszportow, i tak dalej. Zasada jest taka, ze jak masz jakies marzenie, i chcesz zeby sie spelnilo, to nalezy kupic sobie miniaturke tego marzenia, poswiecic ja, i w ciagu roku marzenie sie spelni. Aby kupujacy mial wrazenie, ze kupuje cos realnego, razem z n.p. domem sprzedawca marzen wrecza miniaturke aktu kupna domu, z miejscem na date, podpis sprzedawcy, kupca i dwoch swiadkow.

Centralna osobistoscia Alasitas jest Ekeko, bostwo urodzaju (przedstawia sie go obladowanego wszelkimi dobrami, i z otwarta buzia, do ktorej wciska sie zapalony papieros na ofiare). W dzien inauguracji Alasitas figura Ekeko wielkosci naturalnej zostala umieszczona przed drzwiami kaplicy, na placu przed ktora odbywaly sie targi miniatur. Ci, co poszli do kosciola poswiecic swoje miniaturki (my zjawilismy sie juz pozno, po mszy, wiec poswiecilismy prywatnie w domu: wodka, czerwonym winem i piwem), wychodzac prosili Ekeko o blogoslawienstwo, obsypujac go darami: liscmi koki, platkami kwiatow, serpentynami, no i oczywiscie czestujac go papierosami. Wiwat andyjski synkretyzm: "poganskie" bostwo przed drzwiami kosciola, i nawet dla ksiedza jest to tak oczywiste, ze i on przylaczyl sie do grona ofiarodawcow. Na wszelki wypadek. :roll:

Kwestia wyjasnienia - swieto Alasitas jest raz w roku, ale w niektorych miejscach miniatury sprzedaje sie caly rok, na przyklad na szczycie copacabanenskiego wzgorza El Calvario (Kalwaria), gdzie, notabene, synkretyzm rowniez kwitnie - droga na wzgorze usiana jest stacjami Meki Panskiej, ale na szczycie dominuja yatiri (szamani) wrozacy przyszlosc, oczyszczajacy z chorob i pecha, no i wlasnie sprzedajacy marzenia.

We wtorek 27 stycznia zostalismy zaproszeni na Cabo de Año (ceremonialne zakonczenie zaloby) tesciowej jednego z radcow miejskich Copacabany, i zajelo nam to caly dzien - rano msza za zmarla, potem teoretycznie powinnismy isc na cmentarz na jej grob, ale lalo jak z cebra (wreszcie sie zaczela pora deszczowa, i to nie na zarty), wiec poszlismy bezposrednio do lokalu. W lokalu zostal przygotowany oltarzyk z fotografia zmarlej, jej manta, zapalonymi swiecami, kwiatami, jak rowniez chlebem i owocami. Kazdy obecny "przywital" sie ze zmarla kropiac woda swiecona na jej mante, po czym w milczeniu towarzyszylismy rodzinie zmarlej az do poludnia (popijajac ciemnym piwem i napojami na bazie wodki i coca-coli). W poludnie nasz padrino Celestino i inny starzec zostali poproszeni o odmowienie modlitw za zmarla, po czym powtorzylismy ceremonial kropienia woda swiecona. Potem krewni znikneli, zabierajac ze soba oltarzyk, i kiedy wrocili z powrotem, byli juz przebrani z zalobnej czerni (jaka nosili caly rok) w kolorowe ubrania - no i zaczela grac skoczna muzyka i rozpoczela sie fiesta trwajaca do poznej nocy.

To tyle jesli chodzi o styczen,

usciski znad Titicaca,

Stasia SC

_________________
Umysl jest jak spadochron - lepiej dziala, kiedy jest otwarty.


Na górę  || 
 Wyświetl profil My Galeria Zdjęć  
 
Bot Reklamowy Reklama
 
Na górę
Stasia
 Tytuł: Bolivia 2009
Źródło:
PostWiadomość wysłana.: 04 lutego 2009 17:09 
Offline
User

Rejestracja: 13 listopada 2006 18:38
Posty: 388
Płeć: Kobieta
Witajcie -

Nowa konstytucja boliwijska jest warta szczegolnej uwagi, bo to a) pierwszy raz w historii Boliwii kiedy konstytucja jest poddana pod publiczne referendum (poprzednie byly aprobowane za kulisami wielkiej polityki), i b) nowa konstytucja boliwijska po raz pierwszy mowi o prawach boliwjskich Indian. Jest to zmiana tak drastyczna, ze kiedy w tv oglosili pierwsze wstepne wyniki (ca. 60% za, 40% przeciw), to z Sergiem wstalismy i pogratulowalismy wszystkim obecnym - od tego dnia sa nie tylko Ajmarami, ale rowniez, po raz pierwszy w historii, pelnoprawnymi Boliwijczykami.

Nowa konstytucja boliwijska rodzila sie w glebokich bolach od 2005 roku, kiedy to odezwaly sie pierwsze glosy zadajace zwolania Parlamentu Konstytucyjnego (Asamblea Constituyente). Kiedy tenze parlament zostal juz wybrany (w 2006), problemy ciagnely sie dalej: zadna partia nie miala wiekszosci absolutnej (nawet MAS, partia Evo Morales: owszem mieli ponad 50%, ale brakowalo im do wymaganych 2/3), w zwiazku z czym obrady sie przeciagaly i przeciagaly, i przepchniecie kazdego kolejnego artykulu graniczylo z niemozliwoscia. Ostatecznie pod koniec 2007 Parlament Konstytucyjny zdolal opracowac kompletny projekt, po czym pileczka zostala przerzucona do parlamentu zwyklego, ktory przez prawie rok dodawal swoje poprawki - i dopiero 25 stycznia 2009 ostateczny projekt zostal poddany pod glosowanie narodu.

Podczas referendum, MAS i Indianie glosowali za, natomiast opozycja i q´aras (bialasy) glosowali przeciw. Wyniki obrazuja geopolityczny rozdzwiek miedzy dwoma Boliwiami. Po jednej stronie stoi Boliwia zachodnia: andyjska wyzyna, departamenty La Paz, Potosi, Oruro, Cochabamba, zamieszkane glownie przez Indian, gdzie zdecydowana wiekszosc glosowala za (w niektorych rejonach ponad 90% poparcia!). Po przeciwnej stronie mamy Boliwie wschodnia: amazonska nizina, departamenty Santa Cruz, Pando, Beni, Tarija, zdominowane przez bogatych q´aras zorganizowanych w grupy quasi-nazistowskie, gdzie wiekszosc ludnosci glosowala przeciw. Pomiedzy tymi dwoma biegunami znajduje sie departament Chuquisaca, ktory sie rozdzielil pol na pol: miasto Sucre opowiedzialo sie przeciw, wies zaglosowala za.

I dlaczego to nowa konstytucja budzi az tak glebokie kontrowersje? Oto kilka waznych punktow:

1) Wszystkie urzedy rzadowe powinny obslugiwac ludnosc lokalna nie tylko po hiszpansku, ale i w lokalnie mowionych jezykach, ktore jednoczesnie sie uznaje za oficjalne jezyki Boliwii (Artykul 5).

2) Wiphala (flaga indianska) jest wlaczona do listy symboli panstwowych (Art. 6).

3) Narody indianskie sa autonomiczne i maja prawo do wolnosci religijnej, ochrony swoich swietych miejsc, jak rowniez kultywowania swoich tradycyjnych obyczajow w kwestii edukacji, medycyny, ekonomii, systemow prawnych i politycznych, etc (Art. 30, 31, 289-296 i cale mnostwo innych).

4) Lekarze i szamani/uzdrawiacze maja pracowac wspolnie w ramach medycyny panstwowej (Art. 35).

5) Edukacja panstwowa ma obowiazek kladzenia nacisku na wielokulturowosc, wielojezycznosc i wieloreligijnosc Boliwii (Art. 77, 78, 80, 86).

6) Panstwo ma obowiazek podtrzymywania tradycyjnych obyczajow i religii indianskich (Art. 98).

7) Narody indianskie maja prawo do egzekwowania wlasnego systemu sprawiedliwosci, w kwestiach ktore dotycza danej wspolnoty (Art. 190, 191, 192; popularnie nazywa sie to justicia comunitaria, czyli sprawiedliwosc wspolnotowa, ale konstytucja nie uzywa tej nazwy, ktora ma nieco pejoratywny oddzwiek).

8 ) Koka jest dziedzictwem narodowym (art. 384).

Specjalna uwaga poswiecona indianskim obywatelom Boliwii nie za bardzo sie podoba bialasom, jak rowniez caly szereg mniej indianskich a bardziej, hum, socjalizujacych dyrektyw nowej konstytucji. Miedzy innymi:

9) Zabrania sie sprzedawania bogactw naturalnych w rece zagraniczne, propaguje sie nacjonalizacje przedsiebiorstw zarzadzajacych tymi bogactwami (np. Art. 349-358),

10) Ogranicza sie maksymalna ilosc ziemi jaka moze posiadac jedna osoba do 5 tysiecy hektarow (Art. 398; w referendum byly dwa pytania: czy glosujesz za czy przeciw projektowi, i jesli za, to czy chcesz zeby limit byl 5 czy 10 tys. hektarow, i przewazajaca wiekszosc opowiedziala sie za 5 tys.).

11) No i Kosciol Katolicki tez podniosl straszliwe aj-waj, bo nowa konstytucja oglasza Boliwie panstwem wolnosci religijnej (Art. 4), w odroznieniu od wszystkich poprzednich, ktore uznawaly wiare katolicka za religie panstwowa, i utrata tego uprzywilejowanego statusu baaaaardzo sie ksiezom nie podoba.

Cala ta historia zwiazana z nowa konstytucja jest tak podnoszaca na duchu, ze az zal mi ten balonik przekluc, no ale przekluje:

70% spoleczenstwa boliwijskiego wg oficjalnych ankiet, i 90% Ajmarow ktorych znamy (pomimo naszych prosb, grozb i blagan), poszlo do glosowania nie przeczytawszy projektu konstytucji - wiekszosc glosowala dlatego, ze lubia Evo (i opowiedzieli sie za), albo nie lubia Evo (i zaglosowali przeciw).... najwazniejsze referendum, ktore decyduje o przyszlosci panstwa na pokolenia, i wiekszosc Boliwijczykow sie nie pofatygowala przeczytac 48 stroniczek....

Tym malo optymistycznym akcentem konczac pozdrawiam,

Stasia SC

_________________
Umysl jest jak spadochron - lepiej dziala, kiedy jest otwarty.


Na górę  || 
 Wyświetl profil My Galeria Zdjęć  
 
Stasia
 Tytuł: Bolivia 2009
Źródło:
PostWiadomość wysłana.: 26 lutego 2009 18:19 
Offline
User

Rejestracja: 13 listopada 2006 18:38
Posty: 388
Płeć: Kobieta
Witajcie!!

Niniejsze sprawozdanie rodzilo sie przez kilka tygodni, wiec wybaczcie jesli nie ma wielkiego zwiazku logicznego miedzy poszczegolnymi paragrafami.

Matka Boska z Copacabany (wzglednie Pacha Mama, jak kto woli - w andyjskim synkretyzmie obie interpretacje sa dozwolone) zostala wyrzebiona przez Indianina Tito Yupanqui w XVI wieku, po czym zostala uroczyscie sprowadzona do Copacabany. Rocznica sprowadzenia wypada 2 lutego, stad oficialna nazwa tej figury to Virgen de Candelaria (Matka Boska Gromniczna). W zwiazku z tym, kazdego 1, 2 i 3 lutego odbywa sie wielka fiesta z uczestnictwem grup folklorystycznych. Dlaczego to takie wazne - ano, a w tym roku razem z Sergiem uczestniczylismy w jednej z takich grup :D

Proszono nas o to juz od grudnia, niby sie zgodzilismy, ale jakos nigdy nie mielismy czasu uczestniczyc w cwiczeniach (jak wypadaly w Copacabanie, to my bylismy w La Paz, i jak my nie moglismy opuscic Copacabany, to wypadaly w La Paz). W dzien urodzin Pabla dopadli nas jego compadres Victor i Matilde (bracia Matilde sa organizatorami tego tanca), i uprosili nas znowu, wiec pojechalismy 29 stycznia na ostatnie cwiczenia, zeby sie jakos nauczyc krokow tanca, i od 1 lutego tanczylismy w grupie o szumnej nazwie Union Comercial Fanaticos de Copacabana (Zwiazek Handlowy Fanatykow z Copacabany).

No wiec, zawracajac do konca stycznia, we czwartek 29 pojechalismy do La Paz, zeby kupic elementy naszych strojow tanecznych, no i uczestniczyc w cwiczeniach. Nawiasem mowiac, juz przy okazji tych cwiczen zauwazylam, ze nasza grupa powinna sie nazywac nie Fanatycy z Copacabany, tylko Nie-Na-Czasie z Copacabany, bo wszystko zaczyna sie co najmniej godzine pozniej i na lapu-capu (np. nie postarali sie o glupie pozwolenie od burmistrza miasta na to, zeby zamknac jedna boczna ulice i zrobic na niej fieste, w zwiazku z czym przyjechala policja i zabrala nasze glosniki, co opoznilo praktyke o kolejna godzine).

Praktyka tancow zakonczyla sie kolo polnocy (praktyka chlania ciagnela sie jak sie zdaje do piatej nad ranem), o tej godzinie nie znajdzie sie ani hotelu, ani garazu dla naszej Urpili. Koniec koncow odkrylismy najtanszy nocleg w La Paz - raptem 3 Bolivianos (pol dolara), dla czterech osob (bylismy w La Paz z Pablem i Juana), z samochodem: nazywa sie Miedzynarodowe Lotnisko w El Alto :D 3 Bolivianos placi sie za wjazd na lotnisko z samochodem, zaparkowalismy na parkingu, rozlozylismy siedzenia i super! :D Rankiem skorzystalismy z lotniskowej lazienki i opuscilismy ten "lokal".

30 stycznia wrocilismy do Copacabany, 31 nabieralismy sil, i 1 lutego zaczely sie tance. Oczywiscie nasi Nie-Na-Czasie z Copacabany byli opoznieni o pare godzin, porownujac z oficjalna rozpiska wydarzen, ale nie bylo to az tak wazne, poniewaz grupy folklorystyczne tanczyly w kolejnosci powstania, a ze nasza grupa powstala niedawno wiec i tak bylismy na szarym koncu.

1 lutego tanczylismy dwa razy - najpierw nieformalnie, bez tanecznych uniformow, od cmentarza (punkt zborny, gdzie wszystkie grupy, ktore zafundowaly sobie orkiestre z La Paz, witaly ta orkiestre), przez miasto do naszego "lokalu". Pisze w cudzyslowiu, bo najwyrazniej naszych pasantes (organizatorow, ktorzy placa lwia czesc wydatkow) nie bylo stac na wynajecie zadnego lokalu i po prostu rozlozylismy sie na placu Inca (taki bylejaki placyk na obrzezach Copacabany, ze smetna figura Inki na srodku).

Wieczorem - zbiorka na placu Sucre (jeden z duzych placow Copacabany), juz w tanecznych strojach, i dlugie czekanie az w koncu przyszla nasza kolej przedefilowania w tancu ulicami miasta. Tanczylismy taniec morenada, ktory kobiety tancza w jednakowych pollerach, mantach, kapeluszach i butach najnowszej mody (przy czym obowiazkowo z pozlacanymi ozdobami: wielkie kolczyki, tupu, czyli zapinka do manty, i ozdoba na kapeluszu), a mezczyzni w dziwacznych (i ciezkich jak diabli) strojach, ktore na moj chlopski rozum parodiuja/wyolbrzymiaja zbroje hiszpanskie. Nasza grupa byla podzielona na kilka "oddzialow", z ktorych kazdy mial nieco inny stroj (kobiety i mezczyzni tancza w osobnych oddzialach). Ja tanczylam w pierwszym oddziale cholitas, a Sergio tanczyl na samym poczatku, jako jilakata, czyli taki przewodnik, w poncho (a nie "zbroi"), z wiphala i bara (laska autorytetu) w rekach, i z przewieszonymi przez plecy biczem oraz metalowym rogiem, rowniez oznaki autorytetu.

Jednym z problemow jakie wynikly z faktu, ze wszystko zrobilismy na lapu-capu bylo to, ze nie bylo czasu na to zeby zrobic mi buty na miare, moj rozmiar to 37, a najwieksze dostepne buty cholitas to 36, w zwiazku z czym podczas tanca w duchu wylam z bolu, ale jakos wytrwalam do konca :D Czego sie nie robi dla Pacha Mama :D Oprocz tego walczylam z goraczka, bo od paru dni mialam grype, no i kto wie, byc moze opatentuje moje niezawodne lekarstwo na grype: tanczyc caly dzien na wysokosci 3840 m.n.p.m. Z potem wychodzi wszystkie badziewie :D

Po tancach wrocilam do domu na bosaka, i nastepnego dnia tanczylam w starych (i wygodnych) butach (imitacja butow cholita kupiona w Michigan).

2 lutego teoretycznie powinnismy uczestniczyc w Mszy Sw. przed kojejna parada taneczna (mezczyzni w poncho, kobiety znowu w jednakowych strojach, ale innych niz poprzedniego wieczoru), no ale nasi pasantes bardziej kochaja taniec niz La Virgencita, wiec po zbiorce na placu Inki (oczywiscie nie na czasie, jakzeby inaczej) od razu przetanczylismy przez Copacabane, konczac na placu Sucre, gdzie zainstalowaly sie rozne grupy - na ogolna potancowke i wielka popijawe, ktore ciagnely sie do poznej nocy (kolo dziewiatej zbieralismy z Sergiem naszych compadres i ahijados poniewierajacych sie po katach).

3 lutego teoretycznie powinnismy byli uczestniczyc w ogolnej potancowce i popijawie na placu Inki, ale z Sergiem mielismy juz dosc (i potancowki i popijawy), wiec zostalismy w domu (poza tym mielismy swietna wymowke: Pablo i Juana pojechali do La Paz, i nie nalezalo zostawic domu pustego:D).

Uwaga ogolna: w tancach uczestniczylo okolo 8 comparsas, czyli grup (nie wiem ile dokladnie - poniewaz tanczylismy, nie moglismy podziwiac innych grup). Wiekszosc grup to byly lokalne zwiazki transportowcow (ergo, jesli jestes szoferem w zwiazku powiedzmy Manco Kapac, to razem z zona musisz uczestniczyc w tancach grupy Manco Kapac). Nasza grupa rozni sie od innych tym, ze nie jest to zaden zwiazek zawodowy, wszyscy uczestnicy to ochotnicy, ktorzy tancza dlatego ze chca, a nie dlatego, ze szef zwiazku im kazal. Nasza Union Comercial powstala trzy lata temu, i powstala dlatego, ze ludzie ktorzy chcieli tanczyc, a nie byli nigdzie zrzeszeni, i chcieli sie przyczepic do jakiegos zwiazku, czuli sie dyskryminowani przez zwiazkowcow.

Teraz odrobine o kosztach calej zabawy. Jest to przedsiewziecie glownie dla Ajmarow miejskich, ktorzy maja wiecej grosza w kieszeni. Przecietna para tancerzy wydaje okolo 400-500 dolarow, w to wchodzi skladka, koszt kupna strojow kobiety (ja, obcinajac wydatki gdzie sie dalo, wydalam 390$), jak rowniez koszt wynajmu stroju meskiego. Dla pasantes (organizatorow) koszty biegna w tysiacach dolarow - musza oplacic orkiestre deta (na taniec formalny), jak rowniez jeden-dwa zespoly muzyczne grajace bardziej wspolczesna muzyke (na potancowke po paradzie), jak rowniez zarcie i picie dla wszystkich. W zwiazku z tym, kazda comparsa ma co najmniej dwie-trzy pary pasantes, w ten sposob zmniejszajac koszta na glowe.

Aaaa, no i w tanczeniu jest jeden haczyk.

Nie da sie tanczyc tylko raz.

Trzeba tanczyc, ten sam taniec, w tej samej grupie, trzy lata pod rzad!!!!!! (Oczywiscie co roku koszta sa takie same jesli nie wyzsze, wiec wyobrazcie sobie - na calym przedsiewzieciu kazda para tancerzy spedza jakies 1200-1500$. Pasantes nie musza ciagnac trzy lata, moga zmieniac sie co roku.).

No nie wiem jak uzasadnimy wyjazd do Boliwii na jeden tydzien podczas semestru (w USA semestr zaczyna sie z Nowym Rokiem) dwa lata pod rzad, ale cos trzeba bedzie wymyslic...

To tyle na razie,

usciski,

Stasia SC

_________________
Umysl jest jak spadochron - lepiej dziala, kiedy jest otwarty.


Na górę  || 
 Wyświetl profil My Galeria Zdjęć  
 
Stasia
 Tytuł: Bolivia 2009
Źródło:
PostWiadomość wysłana.: 26 lutego 2009 18:22 
Offline
User

Rejestracja: 13 listopada 2006 18:38
Posty: 388
Płeć: Kobieta
Witajcie!!

Po zabawie1 i 2 lutego wrocilismy do pracy w laboratorium itp archeologicznej (m.in. zrobilismy pare wypadow do miejsc gdzie sa monolity, zeby je narysowac/przekalkowac).

4 lutego zdarzyl sie przykry wypadek samosadu w Titicachi (wioska tuz przed Sampaya). Wspolnota dolapala dwoch zlodziei (ktorzy zachapneli cala kase wioski, i przy okazji poturbowali staruszke, ktora byla wioskowa skarbniczka). W spoleczenstwie zachodnim, gdzie istnieje jako takie zaufanie do systemu sadowego, przylapanych kryminalistow wzieloby sie do sadu, zeby odsiedzieli swoj wyrok. W spoleczenstwie, gdzie zaufanie do prawa jest rowne zeru (bo od wiekow prawo sluzylo do wyzysku Indian, a korupcja zapewnia bezkarnosc kryminalistow), sad robi sie na miejscu... a ze ojciec i syn nalezeli do szajki panoszacej sie juz od dawna, wiec wyrok byl surowy - utopienie w jeziorze...

O zdarzeniu wiadomo tylko z ust kobiety, ktora byla zona i matka tych dwoch zlodziei, i ktora zbiegla do Copacabany. Przez jakis tydzien po zdarzeniu miejscowi blokowali dostep do Titicachi, a wiec policja nie mogla przeprowadzic sledztwa, i do dzisiaj w zasadzie nie wiadomo co sie dokladnie wydarzylo w Titicachi, bo jedyna osoba dajaca swiadectwo to ta jedna kobieta - poza nia, nikt nic nie widzial, nie slyszal i nie ma pojecia...

10 i 13 lutego pojechalismy z dwoma wspolnotami - Ch´isi i Qhillay Belen - do Tiahuanaco, aby miejscowi Ajmarowie mieli szanse poznac czesc wlasnego dziedzictwa (kazda wycieczka zajela caly dzien - wyruszajac ze wspolnoty okolo 4 rano i wracajac poznym wieczorem). Nikt z Ajmarow nigdy wczesniej nie odwiedzil Tiahuanaco, jako ze bylaby to zbyt droga wyprawa. My zaplacilismy transport, natomiast co do wejscia do samych ruin i muzeum to wystaralismy sie o specjalne pozwolenie od dyrektora Narodowej Jednostki Archeologicznej (UNAR od skrotu hiszpanskiego). Co prawda to i z pozwoleniem mielismy maly problem w Tiahuanaco, bo administracja ruin/muzeum zaczela burczec, ze oni to daja takie darmowe wejsciowki dla 5, majksymalnie 10 osob, a my tu sie pchamy z czterdziestoosobowa banda :D No ale mimo wszystko dali nam te wejsciowki, comunarios byli zachwyceni cala wyprawa, i w ramach podziekowania za wycieczke podzielili sie z nami apt´api, czyli wspolnotowym jedzonkiem.

Wracajac na chwileczke do UNAR. W sobote 7 lutego nowa konstytucja oficjalnie weszla w zycie, w zwiazku z czym tymczasowo mamy totalny administracyjny chaos. To co bylo wiceminsterstwem kultur (w liczbie mnogiej, bo Boliwia to kraj wielokulturowy), teraz jest juz ministerstwem, ale cala struktura pod ministrem stroi chwilowo pod duzym znakiem zapytania, w zwiazku z czym - UNAR legalnie nie istnieje, nikt nie wie, czy bedzie istniec dalej, jesli tak czy bedzie zmiana zarzadu czy nie, koniec koncow - totalny balagan. W zwiazku z powyzszym, jak 12 lutego pojechalismy do La Paz prosic o pozwolenie na wejscie do Tiahuanaco z Qhillay Belen, dyrektor UNAR dal nam to pozwolenie z data 6 lutego, tj ostatniego dnia kiedy UNAR legalnie istnialo!!

14 lutego pojechalismy z cala ekipa naszego projektu do Yunguyu po peruwianskiej stronie jeziora. W okolicach Yunguyu znajduje sie miejscowosc P´ajana, i wojt tej miejscowosci od ponad roku prosil nas, zebysmy przyjechali i dokonali inwentarza obiektow archeologicznych w posiadaniu tej wsponoty (glownie rzezby i narzedzia kamienne). Nawiasem mowiac, list tego wojta byl bardzo zabawny, bo motywowal swoja prosbe stwierdzeniem, ze "poniewaz jestesmy eks-Boliwijczykami, rzad peruwianski o nas nie dba" (na mocy jakiejstam umowy miedzy Peru i Boliwia w latach czterdziestych, oba kraje zamienily sie dwoma kawalkami ziemi, i P´ajana znajduje sie na skrawku ktory przeszedl pod rzady peruwianskie).

No wiec nastepne dni spedzilismy w P´ajana, myjac, mierzac, opisujac i fotografujac wszystkie obiekty (no i oddzielajac ziarno od plew, tj monolity/narzedzia od formacji naturalnych).

Wreszcie wieczorem 16 lutego skonczylismy prace, zmeczeni ale zadowoleni przekroczylismy granice miedzy Peru i Boliwia, i .... przykra niespodzianka. Dwie godziny przed naszym przybyciem Ajmarowie z Kasani i okolicznych wiosek podniesli blokade drog (nastapila zmiana dyrektora lokalnej szkoly, i rodzice nie byli ta zmiana uszczesliwieni), w zwiazku z czym nasza Urpila musiala zostac w Kasani, a my piechtobusem do Copacabany (raptem 8 kilometrow... po ciemku i blotnista droga - aby uniknac rolnikow robiacych blokady, wybralismy boczna polna drozke).

Nastepnego dnia mielismy jechac do La Paz, ale jak - dalej blokuja droge miedzy Kasani i Copacabana, i zaczynaja sie pogrozki, ze zablokuja droge do La Paz! Ostatecznie, ja i Sergio pojechalismy autobusem, a Pablo wrocil na piechote do Kasani, poczekal tam az blokada sie skonczyla, i dopiero nastepnego dnia zjawil sie z Urpila w La Paz.

W Laz Paz musielismy byc 18 lutego o 6:45 am, bo o tej godzinie przylecialo z Michigan dwoje przyjaciol, Patricia i Dan, zeby nas odwiedzic i razem z nami zobaczyc Karnawal w Oruro, no i musielismy ich odebrac na lotnisku (Patricia odrobine mowi po hiszpansku, Dan ani me ani be, wiec potrzebuja duzo pomocy).

18 i 19 lutego zabawilismy w La Paz, czekajac az Patricia i Dan sie zaaklimatyzuja troszeczke (w miedzyczasie zalatwialismy rozne sprawunki, a wieczorami szlismy do peña, czyli restauracji z muzyka i tancami ludowymi).

20 lutego wyruszylismy z La Paz na Karnawal w Oruro, ktory opisze osobno.

Usciski,

Stasia SC

_________________
Umysl jest jak spadochron - lepiej dziala, kiedy jest otwarty.


Na górę  || 
 Wyświetl profil My Galeria Zdjęć  
 
Stasia
 Tytuł: Bolivia 2009
Źródło:
PostWiadomość wysłana.: 02 marca 2009 3:45 
Offline
User

Rejestracja: 13 listopada 2006 18:38
Posty: 388
Płeć: Kobieta
Witajcie!!

20 lutego kolo poludnia wyruszylismy z La Paz do Oruro, osmioosobowa banda: ja i Sergio; Patricia i Dan; Pablo i Juana; oraz Teresa z Cuzco z corka Elena (dwie ostatnie zjawily sie w Copacabanie bez wczesniejszej zapowiedzi, no i coz zrobic - dolaczylismy je do ogonka).

Podroz zajela okolo 3 godzin, pobladziwszy nieco po ulicach Oruro trafilismy wreszcie na dom naszych compadres od Jezuska (kto ma krotka pamiec, zapraszam do ponownej lektury sprawozdania z grudnia 2008), zapukalismy nieco przestraszeni (zapowiadalismy sie w 4-5 osob, a nie 8!), gotowi by szukac jakiegos hoteliku (no bo jakze to sie bedziemy pakowac z taka wielka grupa do naszych nie tak znowu starych znajomych).

Co sie okazuje. Po pierwsze, to jeszcze w La Paz dowiedzielismy sie od jednego znajomego, ze nasi compadres to znana rodzina adwokatow, i na dokladke, nasz compadre Roberto to jeden z najlepszych diablow w najlepszej diabladzie (Fraternidad Artistica Cultural La Diablada, czyli Braterstwo Artystyczno-Kulturalne Diablada) z calego karnawalu, a jego syn (rowniez Roberto) to najlepszy aniol w tejze diabladzie (do tego stopnia, ze wielkorotnie jego fotografia figurowala na plakatach reklamujacych karnawal)!!!! :D :D

Po drugie, to Oruro, co prawda miasto pokaznych rozmiarow (chyba czwarte najwieksze w Boliwii), to turystyke ma na poziomie zerowym, w zwiazku z czym nasza idea szukania hoteliku spalila na panewce. (Orurenczycy mowia, ze po co mieliby budowac hotele tylko na trzy noce w roku - tak dlugo trwa Karnawal.). Szczesliwie nasi compadres maja wielka kamienice dwie przecznice od glownego placu Oruro, i znalazlo sie miejsce dla nas wszystkich.

Teraz o samym karnawale. Jest swiatowej slawy, ponoc jest to drugi najlepszy karnawal swiata (po larnawale w Rio de Janeiro), i jako taki zostal wyrozniony na liscie Dziedzictwa Ludzkosci UNESCO, w zwiazku z czym, ostrzylismy sobie zabki na ten kasek juz od dluzszego czasu.

Rzeczywistosc objawila sie w postaci kilku kublow zimnej wody.

Pierwszym byl brak infrastruktury - nie ma ani miejsc do spania, ani do jedzenia (wiekszosc miedzynarodowych turystow przyjezdza tylko na dzien, i noca wraca do La Paz czy innego cywilizowanego miejsca, i albo gloduja przez jeden dzien albo zadawalaja sie ciastkami itp).

Drugim byly zaporowe ceny biletow (karnawal sie obserwuje z takich byle jakich trybunek zbitych z drewna, za kazde miejsce trzeba zaplacic). Dwiescie dwadziescia bolivianos (ponad trzydziesci dolarow) za jedno miejsce!! Uiszczajac oplate za osiem miejsc patrzylam z przerazeniem w oku, jak znikala lwia czesc pieniedzy przywiezionych przez nas do Oruro.

Trzecim kublem zimnej wody byla organizacja festiwalu, a scislej jej brak. Od tancerzy oddzielala nas krata, i miedzy krata a trybunkami bylo tylko waziutkie przejscie, ktorym przesuwaly sie rzesze widzow, jak rowniez sprzedawcow piwa i balonikow wypelnionych woda (taki boliwijski zwyczaj karnawalowy, rzucanie balonikow z woda w kogo sie da - musze przyznac, ze w poludniowym upale rozbryzg chlodnej wody na glowie byl nawet mile widziany). Przeciskanie sie tym przejsciem bylo wyjatkowo upojne, zwazywszy ze ruch byl dwukierunkowy, a miejsca wystarczalo tylko na jedna osobe. Kto przezyl przeciskanie sie przejsciem, i marzyl o wydostaniu sie na zewnatrz poza trybunki, mial przed soba jeszcze trudniejsze zadanie do wykonania: przecisniecie sie przez waskie wyjscie, przez ktore jednoczesnie probuje sie przepchnac 30 innych osob (polowa na zewnatrz, polowa do srodka). Teresa, Patricia i Dan zostali przy tej okazji prawie zmiazdzeni, ja z furia walilam piesciami na prawo i lewo i w ten sposob uniknelam splaszczenia.

Juz na zewnatrz tego piekla, Sergio zwyzywal policjanta, ze co robi patrzac na to co sie dzieje, zamiast zaprowadzic troche porzadku, na co ten odpowiedzial niesmialo: "prosze pana, ta dzicz nas policjantow tez juz pobila".

Nie wiem jak to jest, ale widzialam w La Paz kilkakrotnie podobne festiwale, i tam jakos ludzie sie organizuja, jak jest wejscie na trase festiwalu, to automatycznie formuja sie dwa ogonki, jeden do wejscia, drugi do wyjscia, i wszyscy przechodza spokojnie i bez miazdzenia.

Czwartym kublem zimnej wody, a wlasciwie to g...., byla niestety widownia. Tak rasistowskiej tluszczy to jeszcze nie widzialam. Zachowywali sie tak grubiansko i ohydnie w stosunku do Pabla, Teresy i zwlaszcza Juany (jedyna cholita na calej widowni), ze Pablo i Juana sie przestraszyli i bardzo wczesnie opuscili swoje miejsca, w zwiazku z czym spedzili dzien zwiedzajac miasto zamiast podziwiac tancerzy.

Pozniej sie dowiedzielismy, ze kupilismy miejsca w najgorszym miejscu calej trasy festiwalu: juz od lat glowny plac jest punktem zbornym rasistowskich bojowek z Santa Cruz i tym podobnych (jedyna zaleta tego miejsca jest bliskosc do domu naszych compadres, i to byl powod dla ktorego je nam doradzili). W miedzyczasie czekania na kolejna grupe tancerzy ten motloch zabawial sie spiewaniem hasel zawierajacych niecenzuralne wyrazenia na temat prezydenta, natomiast ich zachowanie wobec tancerzy zalezalo od spolecznego statusu tanca: tance klas wyzszych (np- morenada, saya, diablada) byly witane oklaskami, natomiast tance bardziej indianskie (np. kullawada, llamerada) byly wygwizdywane.

Co do samych tancow. Bylo w sumie 48 comparsas (grup), roznej wielkosci (najwieksza comparsa, Morenada Cocanis, liczyla sobie 1000 uczestnikow!), ktore tanczyly na trasie przecinajacej najstarsza czesc miasta Oruro, konczac na placu przed kosciolem zawierajacym cudowny wizerunek Virgen de Socavon (Matki Boskiej z Jaskini) - po zakonczeniu tanca kazda comparsa uczestniczyla w Mszy Swietej w tymze kosciele.

Co do jakosci tancow - ano, nie da sie ukryc, ze specjalnoscia Oruro jest diablada, wszystkie comparsas przedstawiajace ten taniec zachwycaly bogactwem strojow oraz choreografia. Co do morenadas, to widzialam lepsze podczas Entrada de Gran Poder w La Paz; pozostale tance byly podobne, przy czym warto zauwazyc, ze Entrada Universitaria w La Paz cieszy sie znacznie wieksza roznorodnoscia tancow.

Co sie rzuca w oko (do tego stopnia, ze zostalo nawet opisane w dzienniku La Razon), to subtelny rasizm organizatorow tancow: osoby bialawe i o europejskich rysach wybiera sie na bardziej widoczne pozycje (np. tancerki tanczace solo), osoby o bardziej indianskiej fizjonomii spycha sie do wiekszych grup, gdzie sa mniej widoczne. (Jedna rzecz, ktora bardzo mi sie spodobala kiedy my tanczylismy 2 lutego, ze mnie nie wypchnieto na przod, lecz pozwolono mi tanczyc w samym srodeczku grupy, co wskazuje na to, ze w Copacabanie niekoniecznie uwaza sie bialasa za byt wyzszy.).

Nie zobaczylismy nawet polowy comparsas, bo dzicz wokol nas byla zbyt nieznosna...

Suma sumarum - czy wycieczka do Oruro byla warta zachodu? Zeby odwiedzic naszych compadres i umocnic przyjazn, tak! Zeby zobaczyc Karnawal z Oruro - eeech, czy ja wiem...

pozdrawiam z powrotem z przytulnej Copacabany, gdzie karnawal dalej trwa i jest to prawdziwa zabawa,

Stasia SC

_________________
Umysl jest jak spadochron - lepiej dziala, kiedy jest otwarty.


Na górę  || 
 Wyświetl profil My Galeria Zdjęć  
 
Stasia
 Tytuł: Bolivia 2009
Źródło:
PostWiadomość wysłana.: 12 marca 2009 7:31 
Offline
User

Rejestracja: 13 listopada 2006 18:38
Posty: 388
Płeć: Kobieta
Witajcie!!

Addendum do poprzedniego sprawozdania: i ja tanczylam w karnawale w Oruro! Przez jakies piec minut, ale zawsze - nasz przyjaciel Diabel wyciagnal mnie z rzeszy widzow drugiego dnia parady. :D

W poniedzialek 23 lutego wrocilismy do Copacabany. Przejazd przez El Alto zajal nam znacznie dluzej niz zwykle ze wzgledu na tance na ulicach. W El Alto maja taki zwyczaj, ze za kazdym razem jak jest jakas fiesta to robi sie ja na jednej z glownych alei miasta, w zwiazku z czym korki sa jeszcze dluzsze niz zwykle i trzeba szukac bardzo dziwnych objazdow.

Wtorek 24 lutego to dzien ch’alla (poswiecenia) domow, samochodow, i wszelkiego innego rodzaju dobytku (dzien wczesniej bylo poswiecenie zbiorow, w ktorym niestety nie wzielismy udzialu bo tkwilismy w korkach w El Alto). Kazda rodzina swieci we wlasnym domu, najpierw ozdabiajac domostwo kwiatami, serpentynami i balonikami, i pozniej obrzucajac to co sie swieci platkami kwiatow i slodyczami. Kazdy zakatek domu rowniez swieci sie alkoholem (mezczyzni) i czerwonym winem (kobiety).

Oprocz blogoslawienia domu wzielismy rowniez udzial w blogoslawieniu lodzi, dzieki uprzejmosci naszego compadre Delfina, ktory takowa lodz posiada. Blogoslawione lodzie zbieraja sie na otwartym jeziorze, przycumowane jedna do drugiej w rzadku/polokregu, gdzie swiecenia dokonuje sie piwem, przy mniej-wiecej skoordynowanych dzwiekach orkiestry detej boliwjskiej marynarki wojennej (umm, jakby to powiedziec, malo ktory poborowy cieszy sie wrodzonym talentem muzycznym). :roll:

Kiedy karnawal w Oruro sie konczy, karnawal w Copacabanie dopiero sie zaczyna. Najpierw odbyly sie tance we wspolnotach wiejskich (czwartek i piatek). We czwartek zrobilismy objazd samochodem po roznych wspolnotach, parkujac z daleka aby tylko popatrzec (z daleka, aby uniknac wciagniecia nas to tanczenia i picia). W piatek nie dalo sie patrzec z daleka, bo we wspolnocie Hueco czy Weqo czy Wuqu (nasci trzy pisownie wedlug trzech regul ortograficznych) organizatorka tanca byla kobieta ktora zdala mature w naszym programie edukacyjnym SAAD, no wiec zostalismy tam do zmroku (raptem cztery godziny tanca :D ).

Od soboty do poniedzialku bawi sie miasto Copacabana - tance odbywaja sie, jakzeby inaczej, na calej dlugosci i szerokosci centrum miasteczka (zajmujac dwa glowne place i wiekszosc centralnych ulic, co nie jest taka tragedia jak w El Alto, poniewaz ruch zmotoryzowany w Copacabanie jest bliski zeru).

Glowna uwaga na temat ruznicy miedzy zabawa miejska i wiejska. Ajmarowie miejscy maja forse, wiec stac ich na kupienie lub wypozyczenie kosztownych kostiumow. Ajmarowie wiejscy tanczyli w swoich regularnych strojach wyjsciowych i bez przesadnych ozdob.

Karnawal w La Paz zakonczyl sie w niedziele 1 marca, uroczystym aktem pogrzebania na cmentarzu kulky pepino (klauna bedacego centralna postacia karnawalu). Rok pozniej, karnawal zaczyna sie rownie uroczystym aktem “zmartwychwstania”/odgrzebania tejze kukly.

Karnawal w Copacabanie nie zakonczyl sie w niedziele, tance ciagnely sie i w poniedzialek. Poniedzialkowy taniec nazywal sie kacharpaya, to taki obyczaj, kiedy mezczyzni zakladaja sobie polleras (spodnice) swoich partnerek (kobiety zostaja w halkach, ktorych maja po piec-szesc). To zwyczaj glownie wsrod mlodziezy, ale przyuwazylismy dwie dorosle pary robiace to samo.

Patricia i Dan wrocili do Stanow we wtorek 3 marca, my z Sergiem dwa dni pozniej. Uwaga na temat lotniska w El Alto - nawet tam widac ze Indianie zaczynaja sie stawac obywatelami pierwszej kategorii, bo jak pare lat temu nie bylo ani jednej cholita (kobiety w stroju indianskim) podrozujacej samolotem, tak teraz widzi siem i cholitas, i yatiris w “pelnym umundurowaniu.” Oby tak dalej :D

Tym optymistycznym akcentem zegnam sie az do czerwca (kiedy znowu wracamy do Copacabany),

usciski z zimnego jak diabli Michigan,

Stasia SC

_________________
Umysl jest jak spadochron - lepiej dziala, kiedy jest otwarty.


Na górę  || 
 Wyświetl profil My Galeria Zdjęć  
 
Stasia
 Tytuł: Bolivia 2009
Źródło:
PostWiadomość wysłana.: 16 marca 2009 1:07 
Offline
User

Rejestracja: 13 listopada 2006 18:38
Posty: 388
Płeć: Kobieta
Witajcie,

zrobilam na YouTube male poszukiwanie tancow, jakie opisalam w moich sprawozdaniach, i oto rezultaty:

Morenada. Zwroccie uwage na skomplikowane stroje meskie, i dwie wersje strojow kobiecych: tradycyjne, w pollera i manta, i "wspolczesne" w minispodniczkach (brakuje pan w imitacjach strojow klasy sredniej/metyskiej z przelomu XIX/XX wieku).

http://www.youtube.com/watch?v=ec5SmU_c-Bs

(kto zna hiszpanski, w komentarzach pod video moze przyuwazyc odwieczny konflikt - czy morenada to taniec z altiplano boliwijskiego czy peruwianskiego - prawda jest taka, ze jest to taniec altiplano - wspolczesne granice zostaly narysowane pozno, sztucznie dzielac jedna kulture na pol). :?

Diablada. Tu glowne postacie to diabel, jego zona, archaniol Michal oraz zwierzeta: kondor i... bialy niedzwiedz (ani mnie nie pytajcie dlaczego!). Diablada odnosi sie do wierzenia, ze o ile na powierzchni ziemi czlowiek znajduje sie w mocy chrzescijanskiego Boga i panteonu swietych, o tyle wchodzac pod ziemie do kopalni gornik trafia do krolestwa diabla - a wiec na powierzchni sklada sie ofiary Bogu, a w kopalni diablu. Jednak kiedy diabel probuje opanowac powierzchnie ziemi, Bog wysyla archaniola Michala, ktory przywraca swiat do porzadku i zawraca diably do ich krolestwa.

http://www.youtube.com/watch?v=oj-Rgkjt0W0

(uwaga do komantarzy j.w.)

Saya. Taniec o pochodzeniu afrykanskim. Tancerze to Murzyni (lub, ech, mestizos umalowani na czarno :lol: ), w jasnych strojach zblizonych do strojow ajmarskich (przy czym bez chusty, za goraco). Taniec przedstawia murzynskich niewolnikow (w bardzo wyrazisty sposob, z lancuchami u stop i rak, i z wymalowanymi krwistymi pregami na plecach), jak i dozorcow (w bogatym stroju i wielkimi biczami).
.
http://www.youtube.com/watch?v=QwNr1kKZ7wg

Nie jest to najlepszy mozliwy przyklad (grany przez boliwjski zespol folklorystyczny z przewaga instrumentow metyskich, podczas gdy "oryginalna" saya powinna miec przewage bebnow). O dziwo nie ma peruwiansko-boliwjskiego konfliktu w komentarzach pod tym akurat wykonaniem. :brawo:

Caporales. Rytm wywodzi sie z saya, ale stroje sa, huh, uwspolczesnione (kobiety w minispodniczkach, mezczyzni w przyciezkawych kostiumach z grzechotkami).

http://www.youtube.com/watch?v=4GbExAHxHQ0

Wybralam to nagranie (wykonane w Kostaryce!), bo to jedyne wideo caporales bez wymiany wulgarnych uwag miedzy Peru i Boliwia :D

Llamerada. Taniec andyjskich pasterzy, stroje znacznie mniej ozdobne niz poprzednie tance - bardziej tradycyjne.

http://www.youtube.com/watch?v=4RwwoPbmfos

Kullawada. Tez taniec pasterski, ale o bardziej skomplikowanym rytmie i wyszukanych strojach.

http://www.youtube.com/watch?v=-CjvbYYAv9Y

Tutaj komentarze ciagna sie az trzy strony :shock:

Tobas. Taniec z dzungli amazonskiej (i boliwijskiej i peruwianskiej, ale szszsz!... :D )

http://www.youtube.com/watch?v=tsrtz_m8MxE

Waka-waka. Taniec pasterski, z andyjskicm odpowiednikiem Lajkonika!!! (tylko ze to byk, w tym wypadku). Kobiety tanczace ten taniec maja na sobie kilkanascie spodnic - wszystkie wykonane z grubego recznie tkanego materialu.

http://www.youtube.com/watch?v=WzR4b5-ZbBw

To nagranie zostalo wykonane w kantonie Compi, tancerze sa ze wspolnoty Capilaya, gdzie zrobilismy wykopki w 2003!!! To ci dopiero, przyjemnie zobaczyc starych znajomych :D :brawo:

I na koniec... tyle narzekalam na Villeras... ale tu w Michigan nawet ten wspolczesny rytm leczy nostalgie... a wiec oto piosenka "Matrimonio ya llego":

http://www.youtube.com/watch?v=8t4MZkDYow0

usciski,

Stasia SC

_________________
Umysl jest jak spadochron - lepiej dziala, kiedy jest otwarty.


Na górę  || 
 Wyświetl profil My Galeria Zdjęć  
 
Stasia
 Tytuł: Bolivia 2009
Źródło:
PostWiadomość wysłana.: 16 marca 2009 1:58 
Offline
User

Rejestracja: 13 listopada 2006 18:38
Posty: 388
Płeć: Kobieta
Jeszcze jedno addendum:

Po dlugich a ciezkich poszukiwaniach - oto NASZA morenada, to jest piosenka, do ktorej rytmu tanczylismy 1 i 2 lutego (w wykonaniu boliwijskiego zespolu folklorystycznego Sapahaqui; autor tekstu i muzyki: Ivan Vasquez Sabala):

http://www.youtube.com/watch?v=s3i3iYE4-1o

:euforia:

SSC

_________________
Umysl jest jak spadochron - lepiej dziala, kiedy jest otwarty.


Na górę  || 
 Wyświetl profil My Galeria Zdjęć  
 
Stasia
 Tytuł: Bolivia 2009
Źródło:
PostWiadomość wysłana.: 18 czerwca 2009 2:27 
Offline
User

Rejestracja: 13 listopada 2006 18:38
Posty: 388
Płeć: Kobieta
Witajcie ponownie z Boliwii!!

Na wstepie - zachecam wszystkich do wziecia udzialu w protescie pod ambasada Peru w Warszawie, ktora sie odbedzie w sobote 20 czerwca o 4 po poludniu.

* * *

Dotarlismy na lotnisko w El Alto 3 czerwca, i od razu nas rozsmieszyli funkcjonariusze w bialych maseczkach - panika przed swinska grypa dotarla i tutaj, niestety. (Ta cala panika jest poza granicami mojego zrozumienia - wg ogolnie dostepnych danych, smiertelnosc swinskiej grypy wynosi 0.5 %, i te pol procenta to ludzie, ktorzy wczesniej mieli inne dolegliwosci - a wiec zmarli nie na sama grype lecz ze wzgledu na powiklania z innymi chorobami).

Perwsze dni - aklimatyzacja, 5 wyjazd do Copacabany, tam zebralismy w kupe wszystkich maestros i razem wrocilismy do La Paz - aby zobaczyc Entrada de Gran Poder (6 czerwca) i przejsc sie z nimi po muzeach (7 czerwca).

Tym razem, podszkolilam sie nieco jesli chodzi o historie parady. Centralna postacia jest Pan Jezus Wielkiej Mocy (Señor Jesus de Gran Poder). Oryginalny obraz przedstawiajacy Jezusa Wielkiej Mocy zostal namalowany przez anonimowego autora prawdopodobnie w XVI wieku, i przez kolejne trzy stulecia umknal uwadze zarowno wiernych jak i wladz Kosciola, strzezony przez mniszki jednego z klasztorow w La Paz.

Na poczatku XX wieku obraz wyplynal na powierzchnie, trafiajac w rece roznych rodzin w La Paz - wedrujac z rak do rak, i w kazdej rodzinie i dzielnicy zdobywajac nowych wyznawcow. Na poczatku lat 20-tych wierni zaczeli odbywac tance na czesc wizerunku (= Entrada de Gran Poder). W latach 30-tych XX wieku obraz mial juz setki wyznawcow, i cala sprawa zainteresowala lokalnego arcybiskupa. Ludnosc zadala, by Kosciol uznal obraz za prawowity, arcybiskup, hm, powiedzmy, ze nie byl cala sprawa uszczesliwiony. Dlaczego - ano, wg kanonow koscielnych wizerunek byl heretycki: Jezus na tym wizerunku cieszyl sie trzema twarzami... Wierni prosili o powodzenia dla siebie do srodkowej, powodzenie dla przyjaciol do twarzy po prawej, natomiast o krzywde dla wrogow do twarzy po lewej...

Ostatecznie, po przepychankach, arcybiskup zgodzil sie na uswiecenie obrazu, ale pod warunkiem, ze boczne twarze zostana zamalowane. No i zostaly - przez dwoch artystow peruwianskich, ktorzy zrobili to niechetnie, poniewaz mieli wrazenie, ze obraz wodzi za nimi wszystkimi swoimi oczami. Z czasem, Entrada de Gran Poder zaczela rosnac, z malej imprezy na obrzezach La Paz stala sie wielka defilada przez samo centrum miasta. W 2002 przeprowadzono badania wizerunku, przeswietlajac go promieniowaniem X, i dziwna glowa z trzema licami - cztery oczy, trzy nosy, trzy usta - znowu przygniata widza swoja Wielka Moca (oryginalny obraz pozostaje zamalowany, ale reprodukcja zdjecia Roentgena robi piorunujace wrazenie).

Tak miedzy nami mowiac - ta historia wydaje mi sie piekna metafora andyjskiego synkretyzmu - cala religia andyjska zostala "zamalowana" chrzescijanstwem, a jednak, pomimo wszystko, ludzie dobrze wiedza do czego sie modla, co jest ukryte pod cienka warstwa farby...

Wracajac do Entrada de Gran Poder, jeden z dziennikarzy opisujacych to wydarzenie porownal je do gigantycznego pokazu mody - 100% prawda. Marga, jak sie dowiedziala, ze zapraszamy wszystkich maestros do zobaczenia Entrady, az podskoczyla na mysl o zobaczeniu na zywo nowych stylow pollera i manta :D

Roznica jest taka, ze zamiast grupki smutnych schorowanych kosciotrupow w dziwacznych strojach, ktorych i tak nikt normalny na siebie w zyciu nie ubierze, pokaz mody a la cholita to wielkie przedstawienie olsniewajacego przepychu i bogactwa - noszonego z wielka duma i radoscia przez piekne, silne i zdrowe tancerki (trzeba byc naprawde silnym i zdrowym, zeby w upale tanczyc godzinami, bez przerwy - i to na rozgrzanym asfalcie!). O ile przepych ozdob tancerek Entrady nie dociera do ubozszych Ajmarek, o tyle style i kolory tkanin zapoczatkowane przez ta parade dyktuja mode na caly kolejny rok, az do nastepnej Entrada de Gran Poder.

Te dwie funkcje parady - religijna (sam taniec jest ofiara dla Jezusa Wielkiej Mocy) jak i ta przyziemna, przeplataja sie - kazdy tanczy z wiara i poswieceniem, a jednoczesnie ze swiadomoscia, ze oto zdobywa lepsza pozycje spoleczna, pokazujac swoje bogactwo calemu miastu (heh... minione bogactwo, bo wszystko sie spedzilo na stroju i ozdobach!).

To tyle na razie, ponizej podaje zrodla informacji n/t historii.

Pozdrawiam serdecznie spod stop Illampu (miejscowosc Sorata – ech, dluga historia, o tym bedzie juz w nastepnym odcinku)

SSC

Zrodla:
Anonim, "El misticismo religioso con el Tata Gran Poder", w: "Jiwaki: Revista Municipal de Culturas", nr. 18, czerwiec 2009, La Paz, str.20-21.
Anonim, "Gran Poder y las tendencias de la moda 2009", w: "Jiwaki: Revista Municipal de Culturas", nr. 18, czerwiec 2009, La Paz, str. 22.
Edwin Conde Villareal, "Gran Poder se engalana para la fiesta", w: "Cambio" (dziennik-gadzinowka rzadowa), 5 czerwca 2009, La Paz, str.10-11. (NB, fragmenty tego artykulu zostaly sciagniete zywcem z artykulow w "Jiwaki", bez podania zrodla).
Jorge Quispe, "Gran Poder: El santo errante de los tres rostros", w: "Revista Escape" (niedzielny dodatek do dziennika "La Razon"), 7 czerwca 2009, La Paz, str.8-10.

_________________
Umysl jest jak spadochron - lepiej dziala, kiedy jest otwarty.


Na górę  || 
 Wyświetl profil My Galeria Zdjęć  
 
Stasia
 Tytuł: Bolivia 2009
Źródło:
PostWiadomość wysłana.: 23 czerwca 2009 16:54 
Offline
User

Rejestracja: 13 listopada 2006 18:38
Posty: 388
Płeć: Kobieta
Witajcie ponownie!

Po powrocie z La Paz do Copacabany nie robilismy nic szczegolnego - taka tam praca w laboratorium, i edycja jednego artykulu ojca Sergia do ukazania sie w jednym czasopismie boliwijskim.

Jedyna wiadomosc z Polski, jaka w ciagu 8 lat przedarla sie do wiadomosci w tv boliwijskiej - ze "polscy katolicy" oprotestowali koncert Madonny. Ha.

Nowiny w Copacabanie - ZIMNO. Cos sie z klimatem popierniczylo - o ile dawniej o tej samej porze roku bylo owszem zimno w nocy, ale w dzien slonce prazylo, o tyle teraz taki wredny wiatr przenika zimnem do samych kosci, nawet w samo poludnie. Poniewaz anomalie klimatyczne zaczely sie jeszcze w zeszlym roku (jak zapewne pamietacie, to z naszej winy zaczelo padac dopiero w listopadzie, zamiast pod koniec sierpnia), wiec plony sa raczej kiepskawe, i wielu Ajmarow bedzie musialo zacisnac pasa. (Ziemniaki owszem sie udaly, kukurydza jakos przedzie, ale wielu tutejszych Ajmarow zyje glownie ze sprzedarzy bobu - a tegoroczny bob prawie calkowicie poszedl na marne).

Poza tym coz. Ostatniego maila wyslalam z Soraty - oto dlaczego. Jeszcze przed naszym przyjazdem dodzwanial sie do Pabla taki facet, ktorego ochrzcilismy "Swietym Hieronimem" (z broda do pasa; tyle, ze to takie skrzyzowanie swietego z terrorysta, bo nawet do La Paz jezdzi z pokazna maczeta na plecach!!). Swiety Hieronim mieszka w Soracie, znalazl miejsca archeologiczne i chcial zebysmy przyjechali na inspekcje. No to pojechalismy, silna ekipa Projektu Yaya-Mama (Sergio, ja, Pablo, Celestino, Saturnino, Marga, oraz dwoch nowicjuszy - Hugo z Sampaya i Luis z Kusijata) we wtorek 16 czerwca. Podroz - niesamowita. Sorata znajduje sie nie az tak znowu daleko od Copacabany - raptem cztery godziny drogi samochodem - ale krajobraz jest calkowicie odmienny. Droga wiedzie najpierw przez oslawione Achacachi, potem przez Warisata (siedziba akademii pedagogicznej dla nauczycieli wiejskich, a od niedawna rowniez uniwersytetu indianskiego); poczatkowo, krajobraz taki sam jak reszta Altiplano: w miare plasko, roslinnosc taka ubogo-stepowa. Za Warisata droga idzie w gore - az na Cumbre (Szczyt, choc tak naprawde to raczej przelecz), ponad 4000 m.n.p.m. La Cumbre to absolutnie magiczne miejsce: krajobraz polodowcowy (moreny czolowe i takie tam, no i dwa malutkie jeziorka polodowcowe), z nieprawdopodobnym widokiem: patrzac na wschod - fantastycznie gigantyczny Illampu, patrzac na zachod - ciag dalszy Kordyliery, patrzac wstecz na poludnie i poludniowy zachod - Altiplano i Titicaca (widac nawet szczyt Qhapia w oddali), natomiast patrzac na polnoc widac, mowiac krotko... dziure, czyli gleboka doline opadajaca gwaltownie w strone niziny Amazonki.

Zjazd dolina do Soraty byl absolutnie fantastyczny - co prawda, nie jest tak pionowo-przerazajacy jak oslawiona "droga smierci" wiodaca z La Paz do Coroico, ale i tak traci sie wysokosc w zastraszajacym tempie, no i zmiana klimatu i roslinnosci jest bardzo szybka: od skapych stepowych traw do zatrzesienia kwiatow, krzewow i drzew typowych dla dolin laczacych Andy z rownina Amazonki.

Sama Sorata to senne miasteczko mniejsze od Copacabany (nieco ponad 2000 mieszkancow, wysokosc 2700 m.n.p.m.), zawieszone w polowie stromego zbocza wysokiej gory. Lokalne wladze uszczesliwione naszym przybyciem, zaplacily za nasz hotel, jedzenie, a nawet za benzyne. (Niestety, co do jedzenia, to monopol na nas miala taka jedna mala jadalnia, gdzie sluzy sie tylko jedno danie - na sniadanie, obiad i kolacje - talerz pelen ryzu, ozdobiony malym kawalkiem miesa. Po trzech dniach takiej diety, nie chcemy widziec ryzu nigdy wiecej w zyciu).

Nastepnego dnia zaczelismy inspekcje miejsc archeologicznych. Ajjjj.... Po pierwsze, to lokalnym wyrazeniem, ktoremu NIGDY NIE NALEZY WIERZYC, jest "acasito nomas" (bardzo bliziutko). Od jednego "bardzo bliziutko" do drugiego, przeszlismy wzdluz i wszerz przez nieprawdopodobne gory i doliny, czepiajac sie skal nad przepasciami (liny? czekany? a po co!), i jednoczesnie uwazajac, zeby nie nadepnac na grzechotnika (nie zobaczylismy zadnego, ale ponoc sie zdarzaja - to wlasnie dlatego "Swiety Hieronim" lazi wszedzie z maczeta, tak na wszelki wypadek). Przesylam zdjecie ze zblizeniem jednego wyjatkowo urwistego grzbietu - i tam bylismy, i nie pytajcie mnie jak przezylam z moim lekiem wysokosci wedrowke grzbietem, gdzie sam grzbiet ma szerokosc pol metra, po prawej jest 300 m swobodnego lotu do dna doliny, a po lewej 700 m swobodnego lotu do rzeki!!!

Co do samych miejsc archeologicznych - rozpacz w kropki. Ludnosc tutejsza (jezykowo - starsi ludzie mowia ajmara i hiszpanskim, mlodziez tylko po hiszpansku, etnicznie - prawdopodobnie mieszanka ludow i z dolin, i z wyzyn) niestety uwaza, ze kazdy grob prehiszpanski to potencjalny "tapado" (doslownie "zakryty" - popularna nazwa na ukryty skarb), no i sa bardzo zawiedzeni widzac ze w grobie zlota nie ma, w zwiazku z czym ze zlosci kosci rozrzucaja, a naczynia ceramiczne tluka. Co gorsza, znalazlszy jeden grob sa bardzo systematyczni w szukaniu innych w poblizu, w zwiazku z czym miejsca jakie odwiedzilismy wygladaly jak jakies zakichane pola minowe: pelne dziur (otwarte i puste groby).

Skonczylismy nasz rekonesans w piatek 19 czerwca - zostalibysmy dluzej, bo klimat przyjemny (o niebo cieplej niz w Copacabanie!) i nasi przewodnicy serdeczni, ale zabraklo koordynacji ze strony burmistrza, nie dostalismy na czas pozwolenia by odwiedzic kolejne miejsca archeologiczne (pozwolenie od burmistrza to jedno, ale niezaleznie od tego trzeba miec pozwolenie wspolnoty, na ktorej terenie znajduje sie dane miejsce, bo jak go nie ma to moga i pobic) - po poludniu wrocilismy do Copacabany - znowu zimno jak pieron, prawie-ze zawrocilismy do Soraty dnia nastepnego!

21 czerwca uplynal spokojnie - spedzilismy ten dzien z Pablem i Juana (w poprzednia noc piekli dla nas tort az do wpol do drugiej nad ranem). Nie poszlismy na zadne wzgorze spalic ofiary o wschodzie slonca, bo bysmy chyba zamarzli!! Za to nastepnego dnia przyszli wszyscy maestros z rodzinami, przynoszac pyszna watie (pieczone ziemniaki i inne bulwy), no i tak udalo nam sie swietowac rocznice slubu przez dwa dni zamiast jednego :D

usciski z Copacabany,

Stasia SC

Post scriptum: zdjecie do ktorego sie odwoluje, razem z innymi zdjeciami z Boliwii, jest dostepne na stronie www mojej Mamy http://romilita.w.interia.pl/Boliwia_Peru.html

_________________
Umysl jest jak spadochron - lepiej dziala, kiedy jest otwarty.


Na górę  || 
 Wyświetl profil My Galeria Zdjęć  
 
Stasia
 Tytuł: Bolivia 2009
Źródło:
PostWiadomość wysłana.: 24 lipca 2009 20:29 
Offline
User

Rejestracja: 13 listopada 2006 18:38
Posty: 388
Płeć: Kobieta
Witajcie,

Ponizszy tekst zostal napisany dwa tygodnie temu, ci co dostaja moje sprawozdania dostali go ponad tydzien temu, ale zanim zdazylam wkleic tu naforum, wysiadl prad w calej Copacabanie, no wiec dostajecie z opoznieniem, za co przepraszam :roll:

Boliwia 22 czerwca - poczatek lipca

Witajcie!!

Jeszcze jakos w polowie czerwca zostalismy napadnieci przez dwoje profesorow, Pedro i Virginie. Pedro przez lata uczyl w szkole w Kusijata (znal Karen), Virginia uczy w szkole w Copacabanie, jest nauczycielka jednego z synkow Pabla i Juany. Pedro i Virginia maja czworo dzieci, najmlodszy syn - Mauricio - ma 12 lat, no i zostalismy wrobieni w bycie, po raz kolejny, rodzicami chrzestnymi. (Oni to chcieli tak od razu na lapu-capu - zgodzilismy sie w piatek, to chrzest niech bedzie jutro - ale udalo nam sie wybronic pod pretekstem wyjazdu do Soraty).

Ostatecznie, data chrztu zostala ustalona na sobote 27 czerwca. Dwa dni wczesniej, we czwartek 25, zostalismy zaproszeni na uroczystosc 3 miesiecy od smierci matki naszego nowego compadre Pedro. Smierc bliskiej osoby wspomina sie tutaj przez caly rok w szerokim gronie rodziny i przyjaciol - poczynajac od velorio (czuwania przy zmarlym) i pogrzebu, potem msza 8 dni po zgonie, pozniej uroczystosci trzech, szesciu i dziewieciu miesiecy, no i wreszcie Cabo de Año (zakonczenie roku [zaloby]), ktore opisalam przy innej okazji. Po roku to juz tylko rodzina wspomina zmarlego, idac na grob w rocznice smierci oraz na Wszystkich Swietych.

Przebieg wydarzen podobny do poczatku Cabo de Año, tyle ze przez caly dzien pije sie "na smutno", bez muzyki, bez tancow, i w strojach zalobnych. Dzien zaczyna sie od mszy, na ktora 90% uczestnikow przychodzi pozno, wlasciwie to juz pod koniec. Co tam msza - zarowno dla wiejskich jak i miejskich Ajmarow najwazniejsze jest blogoslawienie woda swiecona, ktore odbywa sie po mszy i po ktore wszyscy gorliwie pchaja sie do oltarza. (Dla andyjskiego "katolika" woda swiecona jest tysiac razy wazniejsza od eucharystii, do ktorej podchodzi rzadko i ktorej znaczenia z reguly nie bardzo pojmuje. Natomiast woda swiecona to prawdziwe blogoslawienstwo, o podobnej mocy jak np. okadzanie kadzidlem przez yatiri.).

Po mszy wychodzi sie przed kosciol, i tam formuje sie kolejka do krewnych zmarlej osoby, wszyscy podchodza sciskajac zalobnikow i skladajac kondolencje. Po kondolencjach formuje sie niewielki pochod (mniej-wiecej podzielony wg plci - kobiety osobno, mezczyzni osobno) i z zalobnikami na czele idzie sie do domu gdzie odbywa sie czesc glowna uroczystosci. Na miejscu wszyscy sie skupiaja wokol specjalnie przygotowanego oltarzyka zawierajacego m.in. jakies ubranie zmarlej osoby, i po cichu sie modla. Po skonczeniu modlitwy kazdy kropi to ubranie woda swiecona. Potem wszyscy siadaja w kregu - pol kregu kobiety, pol kregu mezczyzni, no i sie pije. (Napoje o ciemnej barwie, a wiec trunki zmieszane z Coca-Cola itp. oraz ciemne piwo).

Kolo poludnia zalobnicy podaja obiad, i potem dalej sie pije az do poznego wieczoru. Szczesliwie, przybyl jeden znajomy z Yunguyu (Peru) i nas wybawil - byl doskonala wymowka zeby sie zmyc wkrotce po obiedzie :o)

Nastepnego dnia to i ja i Sergio mielismy grype (swinska? byc moze, bo trwala krocej i byla lzejsza niz inne, co byloby doskonalym wskaznikiem tego typu przeziebienia), no ale w sobote musielismy sie podniesc z loza bolesci zeby uczestniczyc w chrzcie naszego nowego ahijado. Chrzty w Copacabanie odbywaja sie zawsze w soboty o godzinie 4 po poludniu. 27 czerwca oprocz naszego Mauricio chrzcilo sie okolo 15 innych osob, w wieku od noworodkow przez nastolatkow do jednej pani co miala jakies 40 lat. Po chrzcie udalismy sie do naszego domu, i tam bawilismy sie do polnocy. Zabawa przy muzyce mieszanej - nieco huaynos z Huancayo, nieco muzyki na charango z Cochabamby, nieco villeras, ale przede wszystkim to szla na caly regulator nasza morenada "Con que derecho vienes tu...", bo wszyscy wiedzieli ze do rytmu tej piosenki tanczylismy w lutym no i nie dalo sie uciec... (Nawiasem mowiac, mamy jeden CD gdzie ta morenada jest nagrana trzy razy pod rzad, w wykonaniu trzech roznych zespolow - i jest to jedyna piosenka jakiej sluchalismy jak bylismy w Soracie, bo CD sie zacinal w samochodzie po tych trzech wykonaniach, i potem zaczynal znowu od poczatku... pierwszego wykoniania!)

1 lipca wyjechalismy do Yunguyu, i zostalismy tam do 4. Co robilismy - ano, glownie inwentarz (opis i fotografie) zbiorow archeologicznych tego znajomego, o ktorym wspomnialam dwa akapity wczesniej. W Peru odwiedzilismy rowniez wspolnote P´ajana, gdzie inwentarza dokonalismy w lutym, i teraz go wreczylismy, jak rowniez przyzwoita polke na ktorej comunarios moga teraz umiescic swoje zbiory archeologiczne (do tej pory lezace byle jak na ziemi). Nasza wizyta zbiegla sie z przyjazdem delegacji z Limy - wlaczajac jakies-tam osobistosci z ministerstw rolnictwa oraz turystyki, jak rowniez tlustego kucharza ("chef infernacional" pelna geba). Delegacja miala za zadanie nauczyc lud miejscowy, jak nalezy gotowac dla turystow. Widok zupelnie nierealny - gruby kucharz w pelnym umundurowaniu przygotowujacy swoje delicje na pustkowiu (wybrali sobie jako scenerie miejsce archeologiczne, a wiec na uboczu wioski), otoczony gawiedzia ajmarska, a w tle jezioro Titicaca i osniezone szczyty Andow.

Jak juz mowimy o Peru - wiadomosci mam skape, ale wiem, ze aktualnie (pisane 9 lipca) trwaja strajki w Puno.

W niedziele 5 lipca pojechalismy na odlegla plaze z Sergiem, Pablem, Juana i ich dziecmi, zeby prac w jeziorze. (Plaza musiala byc odlegla, aby prane ubranie nie przesiaklo smrodkiem gowna). Do wszystkich ekologow, ktorzy zamierzaja mnie ukamieniowac za zanieczyszczanie detergentamijeziora (jedno z Naturalnych Cudow swiata, jakby nie bylo): wszystko jedno, czy piore w lazience czy na plazy, bo woda z mojej lazienki tez plynie prosto do jeziora, razem z nieczystosciami calej Copacabany.

Jakis rok temu wyczytalismy w gazetach, ze byla dotacja 200 milionow dolarow na rzecz oczyszczenia jeziora, ale gdzie te pieniadze skonczyly to nie wiem. Najprawdopodobniej w kieszeniach urzedasow roznych szczebli (od rzadu centralnego w La Paz po burmistrzostwa rozsiane wokol jeziora).

Nawiasem mowiac co do tej calej paplaniny na temat cudow swiata. Tu w Boliwii panowalo absolutne szalenstwo, by Titicaca, jezioro Colorado (na poludniu Boliwii) oraz Amazonka dostaly sie na liste finalistow, wygladalo to jak jakas kampania wyborcza. Nikt z naszego projektu nie wzial udzialu w glosowaniu - bo raz, Titicaca to wielkie szambo (a takiej kategorii wsrod cudow nie ma), a dwa, podniesienie statusu jeziora spowodowaloby wzrost turystyki, co przyczyniloby sie do: a) podwyzki cen wszystkiego (co mozna zaobserwowac na przykladzie Cuzco/Machu Picchu, kiedy wzrosla ich popularnosc), b) wzrostu zanieczyszczenia, bo (prawie) kazdy turysta chodzi z plastikowa butelka, a potem te wszystkie butelki trafiaja na okoliczne wysypiska gdzie sa palone lub zakopywane.

Tym malo optymistycznym akcentem konczac,

pozdrawiam serdecznie,

Stasia SC

P.S. Zalaczam pare zdjec, ktore jednak wskazuja na to, ze Titicaca i Copacabana sa jednym z wielu - nie idiotycznych siedmiu, lecz wielu - cudow swiata. Wschod Slonca/zachod Ksiezyca (wczoraj 8 lipca) i taki tam zachodzik Slonca sprzed paru dni. Poza tym, jeszcze jedno zdjecie Illampu (zwroccie uwage na jasna/dopiero co uwolniona od lodowca skale po lewej - takie tam memento mori), i cztery zdjecia z chrztu Mauricio.

_________________
Umysl jest jak spadochron - lepiej dziala, kiedy jest otwarty.


Na górę  || 
 Wyświetl profil My Galeria Zdjęć  
 
Stasia
 Tytuł: Bolivia 2009
Źródło:
PostWiadomość wysłana.: 23 sierpnia 2009 3:00 
Offline
User

Rejestracja: 13 listopada 2006 18:38
Posty: 388
Płeć: Kobieta
Witajcie!!

Uf - tyle sie wydarzylo w ciagu ostatnich paru tygodni, ze nie bede w stanie opisac wszystkiego naraz. Ergo, niniejsze sprawozdanie bedzie sie odnosic wylacznie do polowy lipca.

W srode 15 lipca wyruszylismy, pelna ekipa projektu Yaya-Mama (plus niejaki David, boliwijski student archeologii), na rekonesans archeologiczno-geologiczny w okolice Kordyliery Apolobamba (polnocny kraniec Jeziora Titicaca, blisko granicy peruwianskiej). Rekonesans archeologiczny, bo chcielismy odwiedzic i udokumentowac miejsca archeologiczne odkryte przez naszych maestros Pablo i Luis, i geologiczny, bo przy okazji chcielismy zobaczyc kopalnie zlota, w ktorych mamy znajomych (nie chce Was jeszcze wpedzac w galimatias geanalogiczny, ale w kazdym razie nasz Pablo ma tam rodzine).

Pierwszego dnia objechalismy w kolo cale jezioro (Copacabana - Tiquina - Huarina - Achacachi - Carabuco - Escoma). W miejscowosci Escoma odbilismy od jeziora, kierujac sie na polnoc w strone Kordyliery. Escoma to miejsce gdzie konczy sie cywilizacja: koniec asfaltu, telefony komorkowe przestaja dzialac, no i nie slychac zadnej radiostacji boliwjskiej, w ogole panuje cisza na falach, z wyjatkiem dwoch pobliskich radiostacji peruwianskich. Od Escomy, polozonej prawie na wysokosci jeziora, a wiec nieco ponad 3812 m.n.p.m., zaczelismy sie wspinac w gore. Po przekroczeniu pierwszego lancucha wzgorz (przelecz na 4200 czy 4300 m.n.p.m.; wszystkie wysokosci sa przyblizone, bo dla tych pustkowi to nawet map topograficznych nie ma, naszym jedynym zrodlem informacji byly dwa wysokosciomierze) trafilismy na plaskowyz, cechujacy sie wyjatkowo surowym i niegoscinnym krajobrazem. Na tej wysokosci to nie ma juz zadnych upraw, ludnosc lokalna (ajmarskojezyczna), mieszkajaca w malych osadach rozsypanych po plaskowyzu, zyje wylacznie z pasterstwa (przede wszystkim alpak). Ubogi pasterz to ma "tylko" sto alpak, bogatsi to maja po piecset i wiecej. (Nasi maestros nie mogli sie nadziwic, bo oni to widza za bogacza kogos kto ma wiecej niz dziesiec sztuk lam czy owiec; alpak prawie nikt nie hoduje w Copacabanie, bo sa nieco bardziej wymagajace niz lamy). Duza czesc tego plaskowyzu jest zajeta przez Park Narodowy Apalobamba, gdzie utrzymuje sie pod ochrona stada wikuni, czyli dzikiej kuzynki lam i alpak. Wikunie i alpaki czesto pasa sie razem, niekiedy sie krzyzuja i owocem takiego zwiazku jest wari wzglednie guanaco (druga nazwa jest bardziej popularna ale mylna, bo istnieje inne dzikie zwierze, z tej samej rodziny, o tej samej nazwie). Wari jest jak mul, nie moze sie reprodukowac, i wyglada jak alpaka (czyli mnostwo futra) w kolorach wikuni (bezowy na grzbiecie, bialy na brzuszku). Po raz pierwszy widzialam takie ilosci alpak, no i wikunie z tak bliska, co chwile robilam zdjecia.

Z innych dzikich zwierzat, podobno zdarzaja sie misie oraz jelenie, ale najczesciej widzianym zwierzatkiem jest viscacha, zwierzatko podobne do swiastaka (ze wzgledu na kolor oraz zachowanie spoleczne, z ostrzegawczym swistaniem wlacznie) oraz wiewiorki (dluuuugi i puszysty ogon).

Wracajac do wyprawy. Po dlugim przejezdzie przez plaskowyz (tak dlugim, ze niektorzy maestros zaczeli juz marudzic, czy "daleko jeszcze?") wreszcie dotarlismy do Kordyliery Apolobamba - wspielismy sie na przelecz Apacheta (wysokosciomierz wskazywal 4710 m), tam zlozylismy ofiare na dobre powodzenie wyprawy, i zaczelismy zjazd w strone Pelechuco, naszego punktu docelowego na ten dzien. Poniewaz zjezdzalismy otoczeni przez chmure, wiec jechalismy (wszyscy z wyjatkiem Pabla, ktory zna dobrze ta trase) w blogiej nieswiadomosci przepasci ziejacej na skraju naszej waskiej drozki.

Zatrzymalismy sie na noc w Pelechuco, i dopiero nastepnego dnia rano moglismy podziwiac stromosc otaczjacych nas zboczy (Pelechuco znajduje sie na dnie glebokiej doliny, na wysokosci okolo 3700 m). Pelechuco to miejscowosc gornicza, pelna jaskrawych sprzecznosci - wiekszosc domow to byle jakie chalupy zbudowane z blota i kamieni i krytych strzecha, ale - co druga chalupa ma na dachu talerz satelitarny (jedyna lacznosc ze swiatem zewnetrznym). Ludnosc tutejsza jest dwu- i trojjezyczna: ajmara-hiszpanski, keczua-hiszpanski lub ajmara-keczua-hiszpanski.

Czwartek 16 lipca spedzilismy pod znakiem geologii, odwiedzajac dwie okoliczne kopalnie zlota. Najpierw odwiedzilismy Rayo Rojo, stara kopalnie (jak sie zdaje znana jeszcze w czasach kolonialnych), gdzie dawniej pracowal Luis brat Pabla (Luis co sie ozenil 27 grudnia ubieglego roku). Eksploatacji dokonuja socios, czyli wspolnicy kopalni, zatrudniajacy grupy robotnikow. Wspolnicy to lokalni Indianie. Miedzy nami mowiac - tak ubogiej kopalni to jeszcze nie widzialam (a znam rozne kopalnie, zwlaszcza miedzi i zelaza w Michigan), co by tlumaczylo, dlaczego wspolnikami sa Indianie, a nie jakas wielka korporacja. Zlota sie szuka w zylach kwarcu, rozsianych w skale; skale z kwarcem sie mieli (wspolnicy maszynami, robotnicy recznie), i z uzyskanego w ten sposob blota oddziela sie zloto uzywajac rteci, co jest oczywiscie szkodliwe zarowno dla gornikow, jak i dla mieszkancow wsi polozonych w dol rzeki (zawsze sie traci sladowe ilosci rteci w trakcie tego procesu). Rzeka ostatecznie splywa do Amazonki, razem z innymi rzekami plynacymi przez inne kopalnie...

Wielu ludzi przyjezdza pracowac w kopalniach, zneconych nadzieja szybkiego bogactwa. Niestety, prawda jest taka, ze w Boliwii zawod gornika jest bardzo ciezki (gornictwo opiera sie bardziej na sile ludzkiej niz na technologii), a zywot gornika jest bardzo krotki, jako ze za wielu zabezpieczen to nie ma. Oczywiscie, za kazdym razem kiedy jest wypadek w kopalni, to przyczyna jest jedna: ci co zgineli nie oddali wlasciwej czci podziemnemu bostwu Tio (przedstawianemu w postaci brzydkiego rogatego mezczyzny), okrutnemu panowi kopalni. Dla Tio sklada sie wszelkiego rodzaju ofiary, od lisci koki az po doroczna ofiare z lamy, ktorej krwia skrapia sie wejscie do kopalni. Te ofiary to nierzadko jedyne zabezpieczenie jakie maja gornicy przed toksycznymi gazami czy osuwajacymi sie skalami...

Ci gornicy, ktorzy omineli smierci w wypadku, umieraja w wieku 35-40 lat od chorob pluc... Dodajmy jeszcze do tego, ze w boliwijskich kopalniach (czy to zlota, czy srebra, czy innych mineralow) nierzadko pracuja 11-12 letnie dzieci (mniejsze i zwinniejsze, a wiec moga sie wcisnac w wiecej dziur), i mamy kompletny obraz zycia w boliwjskiej kopalni...

Wracajac do kopalni jakie odwiedzilismy. Z Rayo Rojo wspielismy sie do osady gorniczej Cerro Hermoso, polozonej tuz pod lodowcem (wysokosc okolo 4700 m.). Tu odwiedzilismy Brygide, siostrzenice Pabla. Zimno i pusto - tak w skrocie mozna opisac krajobraz Cerro Hermoso: nie rosnie prawie nic (poza paroma kwiatuszkami dla ktorych potrzeba silnej lupy, by moc je podziwiac)... Gornicy mieszkaja w lepiankach krytych metalowa blacha - wiatr wciska sie miedzy szpary w scianach... Jedyne zrodlo wody to strumien splywajacy wprost z lodowca... Jedzenie - tylko to co sie przydzwiga na wlasnych plecach z Pelechuco...

Brigida - az przykro bylo patrzec, krucha i drobna, z dwuletnia coreczka w ramionach i pekatym brzuchem (urodzila dopiero teraz, w polowie sierpnia)... Milosc zaprowadzila ja na ta niegoscinna ziemie - jej maz Ramiro jest gornikiem, synem gornika.

Bedac w Cerro Hermoso byloby grzechem nie wspiac sie na lodowiec, wiec to zrobilismy, dotknelismy andyjskiego lodowca na okolo 4770 m. Krajobraz jak z innej planety - haldy ziemi i skaly wypietrzone przez lodowiec, roslinnosc bliska zeru, do tego wszystko pokryte oparami gestej mgly/chmury... Sam lodowiec z bliska wydaje sie zielonkawy, i z roznymi odcieniami zaznaczajacymi bieg lat i stuleci, podobnymi do pierscieni drzew.

Po wizycie w Cerro Hermoso wrocilismy na "nasza" strone Kordyliery, z powrotem przekraczajac przelecz, i dojechalismy do miejscowosci Antaquilla.

17 lipca spedzilismy w okolicach rzeki Suches, odwiedzajac miejsca archeologiczne w trakcie niszczenia: niestety, te miejsca rowniez znajduja sie na zlotodajnych terenach, w zwiazku z czym w duzej mierze zostaly juz zmiecone z powierzchni ziemi. Napisalismy odpowiedni protest do UNAR, zobaczymy co z tego wyjdzie. (Prawdopodobnie nic, znajac ruchliwosc boliwijskiej biurokracji).

Po poludniu odwiedzilismy gorace wody w mniej-wiecej tej samej okolicy - gorace to owszem sa, ale smrod to jak od starych jajek leci. Zrodlo pieknie ubarwione jaskrawoczerwonymi, zoltymi i bialymi mineralami.

Stamtad zaczelismy sie juz zegnac z Apolobamba; wieczorem dotarlismy do Escomy i zostalismy tam na noc. Nastepnego dnia zamarudzilismy odwiedzajac miejsca archeologiczne w okolicy Puerto Acosta, i wieczorem wrocilismy do Copacabany (marzac, ze daloby sie "przeskoczyc" jezioro wprost do domu, ale niestety - nie ma innej drogi jak objechac wokol cale wybrzeze!).

To tyle na razie. Jak tylko bede miala czas (zajecia zaczynaja sie pojutrze!) to opisze wydarzenia z konca lipca oraz z sierpnia, a bylo ich DUZO.

usciski z Michigan,

SSC

P.S.: ogladnijcie sobie zdjecia z lodowca i nie tylko na stronie http://romilita.w.interia.pl/Boliwia_2009.html bo sa FANTASTYCZNE :D

_________________
Umysl jest jak spadochron - lepiej dziala, kiedy jest otwarty.


Na górę  || 
 Wyświetl profil My Galeria Zdjęć  
 
Stasia
 Tytuł: Bolivia 2009
Źródło:
PostWiadomość wysłana.: 22 października 2009 2:31 
Offline
User

Rejestracja: 13 listopada 2006 18:38
Posty: 388
Płeć: Kobieta
Witajcie!

Okeej, przyznaje, za dlugo mi wzielo zabranie sie do pisania tego sprawozdania, no ale - bylismy naprawde bardzo zabiegani na uniwersytecie. Poza tym, szczerze mowiac, to mam glatwe z powodu bardzo nieoczekiwanego wydarzenia, ktore za chwile opisze.

Poprzednie sprawozdanie zakonczylam na powrocie z Apolobamby (sobota 18 lipca). Nastepny tydzien uplynal spokojnie, az do soboty 25 sierpnia. Chyba Wam wczesniej nie napisalam, ze Antonio z Kollasuyu nawiedzal nas juz od miesiaca, proszac o bycie rodzicami chrzestnymi od chrztu jego bratankow. We czwartek 23 odbylismy obrzed pierwszego obciecia wlosow najmlodszego chrzesniaka, a w sobote odbyl sie chrzest. Ajjjj.... Na ogol, chrzty odbywaja sie w bazylice w Copacabanie, no bo po co ksiadz mialby sie fatygowac do wiejskich kosciolkow. Jednakze raz w roku obchodzi sie uroczystosci swietym danej wioski, no i z tej okazji ksiadz przyjezdza i odprawia msze (cisnie sie na usta slowo “msze polowa”, bo umundurowanie i ekwipunek sa wyjatkowo uproszczone). Swiety patron Kollasuyu to Swiety Jakub (Santiago), no i jego swieto wypada 25 lipca, no wiec dlaczego nie skorzystac z wizyty ksiedza i ochrzcic dzieciaki na miejscu.

Tak wiec w sobote 25 pofatygowalismy sie do Kollasuyu. Najpierw zostalismy przyjeci w domu Dionisio (nasz nowy compadre, brat Antonio), potem na msze. Na mszy - wygladalo tak, jakby polowa lokalnych dzieciakow sie chrzcila (co najmniej z 15). Ksiadz mlody i bardzo malej wiedzy (aj chcialo mi sie, chcialo, sprostowac pare historycznych i dogmatycznych bledow wygloszonych podczas kazania, ale sie powstrzymalam:).

Po mszy wrocilismy do domu Dionisio - chrzcil 6 sposrod swoich dzieci (w wieku od lat 2 do 15), my bylismy padrinos dwojga, pozostala czworka miala innych rodzicow chrzestnych.

My mielismy swoich wlasnych gosci - od paru dni bawil u nas Coco z Mildred, no i w sobote rano zjawila sie niespodziewanie siostra Sergia, Mery, z corka Sawasiray (imie inkaskie, czego sie spodziewac po rodzinie archeologow:).

Uzylismy naszych gosci jako doskonala wymowke, zeby uniknac popijawy, i o czwartej po poludniu pozegnalismy sie z rodzina Antonio i skierowalismy sie do samochodu.

Cali w skowronkach, juz bylismy w ogrodku, juz witalismy sie z gaska.... niestety - kolo samochodu czekala na nas delegacja.

Delegacja skladala sie z osob jakie znamy i przed ktorymi nie da sie uciec, no i nie dalo sie uniknac.

Zaciagneli nas na plac przedkoscielny, gdzie odbywala sie ogolna hulanka z okazji uroczystosci ku czci Sw. Jakuba.

Wiekszosc obecnych byla juz zdrowo ululana - zaciagneli nas do tanca, a potem podniesli Sergia na ramionach - zostalismy wybrani na sponsorow uroczystosci na przyszly rok!

Na ogol, takie rzeczy przygotowuje sie zawczasu, delegacja przychodzi do domu z podarunkiem, rozmawia sie na spokojnie, no i przede wszystkim mozna znalezc jakas dobra wymowke. Ale jak cala wioska oglasza publicznie, ze jestes sponsorem, to tak jakos... nie ma jak odmowic.

No wiec wrocilismy tego wieczoru do Copacabany, nieco oburzeni, nieco zaniepokojeni (takie przedsiewziecie to duzy wydatek, plus zabiera duzo czasu), nieco zaciekawieni (najlepszy sposob na studia antropologiczne, to zanurzyc sie po uszy w lokalnych wydarzeniach)...

Przez nastepny tydzien nie mielismy czasu na myslenie do czego sie zobowiazalismy w Kollasuyu - do gosci jakich wspomnialam dolaczyla sie Teresa z corka Elena.

1 sierpnia to byl dziwny dzien. Zaczelo sie od tego, ze Celestino zamowil msze w bazylice za dusze Karen (jej urodziny), o czym powiadomil nas wieczorem poprzedniego dnia. No wiec poszlismy na msze, po mszy zaprosilismy wszystkich przyjaciol do domu. La Pedro przygotowal wajta (Eusebio juz dawno temu przestal sie z nami kontaktowac, jak sie zdaje ma jakies sadowe problemy), spalilismy ofiare, potem zjedlismy obiad, no i miala byc regularna fiesta, ale - zostala przerwana o 3 po poludniu. Niespodziewanie zmarl sasiad z ulicy; nie wypada bawic sie kiedy na przeciwko odbywa sie czuwanie przy zmarlym, wiec wszyscy compadres i ahijados sie pozegnali. Wieczorem towarzyszylismy przy czuwaniu (ja i Sergio do polnocy, Pablo i Juana do... dziewiatej RANO!), nastepnego dnia odbyl sie pogrzeb. Pogrzebow ajmarskich nie lubie, wiec opisywac nie bede.

Nastepne dni to Feria de Copacabana - fajerwerki jak zwykle, huczny jarmark, swieto, a po swiecie wieeeelkie sterty smieci.

Przez nastepne dni goraczkowo staralismy sie dokonczyc raporty, dokumentacje, jak rowniez przyjmujac rozne wazne wizyty (m.in. wiecej gosci z Cuzco, jak rowniez delegacja z Soraty).

12 sierpnia zjawil sie gensek (secretario general, czyli wojt) Kollasuyu, z bardzo smetna mina. Jak sie zdaje, jak otrzezwieli po fiescie w Kollasuyu to zrobilo im sie glupio ze nas wrobili.

No wiec: nie jestesmy sponsorami, a wiec nie mamy obowiazku zorganizowac tancow z orkiestra i zarciem (ale byloby mile widziane gdybysmy to zrobili).

Ano zobaczymy, jak to pojdzie :)

18 sierpnia wrocilismy na stare smieci w Mt. Pleasant - tydzien pozniej zaczely sie zajecia na uniwersytecie - no i zycie tutaj jest znacznie mniej ciekawe, wiec sprawozdania na rok 2009 uroczyscie zakanczam.

usciski

Stasia SC

_________________
Umysl jest jak spadochron - lepiej dziala, kiedy jest otwarty.


Na górę  || 
 Wyświetl profil My Galeria Zdjęć  
 
Wyświetl posty nie starsze niż:  Sortuj wg  
Nowy temat Odpowiedz w temacie  [ Posty: 13 ] 

Strefa czasowa UTC+1godz. [letni]


Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 1 gość


Nie możesz tworzyć nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz dodawać załączników

Przejdź do:  
Technologię dostarcza phpBB® Forum Software © phpBB Group
Chronicles phpBB2 theme by Jakob Persson. Stone textures by Patty Herford.
With special thanks to RuneVillage