Indiańskie forum

Forum o Indianach
Dzisiaj jest 23 lutego 2020 0:39

Strefa czasowa UTC+1godz. [letni]




Nowy temat Odpowiedz w temacie  [ Posty: 4 ] 
Autor Wiadomość
Stasia
 Tytuł: Boliwia 2011
Źródło:
PostWiadomość wysłana.: 22 czerwca 2011 23:03 
Offline
User

Rejestracja: 13 listopada 2006 18:38
Posty: 388
Płeć: Kobieta
Boliwia czerwiec 2011

Witajcie!!

W niedziele 5 czerwca dotarlismy do Boliwii, i praktycznie prosto z lotniska pojechalismy na msze tzw Osmiu Dni (osiem dni po zgonie) niejakiego Julio Chambi, wuja Juany, ktorego poznalismy w grudniu na jej slubie. Msza byla w El Alto i padalismy od choroby wysokosciowej, ale jakos przetrwalismy (przysypiajac smacznie). Pan Julio zmarl niespodziewanie, prawdopodobnie na wskutek zazycia zbyt wielu silnych lekow przeciwbolowych na raz (cierpial na reumatyzm, bral silne leki, ale tak go bolalo, ze bez skonsultowania z lekarzem wzial podwojna dawke).

Tego samego dnia spotkalismy sie z Juanem i Agustina „Panqaros” (Juan na nazwisko ma Flores, a ze „flor” w ajmara to „panqara” to tez i taki przydomek im przylgnal) – dawno temu zgodzilismy sie byc padrinos od ich slubu koscielnego, slub mial sie odbyc jeszcze w 2010, ale poprosilismy o odwleczenie na 2011 ze wzgledu na zatrzesienie fiest jakie organizowalismy w zeszlym roku. Juan i Agustina to naprawde bardzo biedni ludzie, tak biedni, ze nie byli w stanie uprosic drugiej pary padrinos – wiec teraz poprosili nas, zebysmy byli padrinos od obu slubow, koscielnego i cywilnego. Oczywiscie sie zgodzilismy.

We wtorek 7 czerwca ruszylismy do Copacabany, nie bez przygod, bo byla niewielka blokada drogi w El Alto i zeby ja ominac to musielismy sie pchac przez totalne wertepy i bezdroza, wlacznie z przekroczeniem strumienia – suchego o tej porze roku, ale potem samochod musial wspiac sie w gore stromego zbocza. Nasza Gniewna Golabeczka wyjechala w gore bez przeszkod, natomiast nastepny samochod, ktory poprobowal tego samego szczescia, utkwil w polowie zbocza.
W Copacabanie po raz pierwszy poznalismy Antonie matke Juany. Slyszelismy na jej temat przelotnie w 2001 – byla wtedy przeciwna zwiazkowi Juany z Pablem (prawdopodobnie chcac, zeby corka uniknela jej losu, samotnej matki), potem przez lata nic o niej nie slyszelismy, potem sie dowiedzielismy ze zyla w La Paz z facetem, ktory traktowal ja bardzo zle – ona chciala nawiazac kontakt z corka, zieciem i wnukami, ale jej partner jej nie pozwalal. Po kryjomu wysylala drobne upominki dla wnukow. Szala sie przeciazyla kiedy odkryla ze jej partner ukryl przed nia date slubu jej corki – wkrotce potem (styczen 2011) uciekla i zjawila sie w Copacabanie – bez niczego, wszystkie jej rzeczy pozostaly w La Paz. Teraz mieszka w Copacabanie ze swoja siostra, i pomaga jak moze Juanie i Pablowi, czujac sie winna, ze nie byla obecna na ich slubie.

W sobote 11 czerwca pojechalismy do La Paz kupic stroj dla Agustiny (jednym z warunkow przyjecia Panqarow jako ahijados bylo, zeby Agustina wziela slub w pollerze a nie sukni slubnej). Po poludniu spotkalismy sie z wujami Juany, Claudio i Elsa, i oni wieczorem zabrali nas na spotkanie grupy tanecznej Chacaltaya – namawiaja nas, zebysmy tanczyli razem z nimi podczas zbilizajacej sie parady 16 lipca (jeszcze w grudniu zgodzilismy sie tanczyc razem z nimi w 2012... ale wszystkie znaki na ziemi i niebie wskazuja, ze bedziemy tanczyc rowniez teraz). No wiec poszlismy na te tance, razem z Sara, doktorantka antropologii fizycznej ze Stanow (przyjechala juz po raz drugi studiowac kosci z naszych wykopek). Kobiety tak sie nia zachwycily, ze istnieje niezerowe prawdopodobienstwo, ze Sara zostanie wybrana jako „Palla de Chacaltaya” (taka miss pieknosci)... glowne kryterium wyboru: najbielsza osoba wsrod wszystkich 1800 tancerzy... Niestety, w dalszym ciagu w Boliwii jest to najwazniejsza oznaka pieknosci...

Nawiasem mowiac, czy ja wspominalam w grudniowym sprawozdaniu, ze Chacaltaya to najwieksza grupa morenady w Boliwii? Ze co roku zespoly takie jak Kjarkas, Kala Marka, Awatinas pisza dla nich piosenki? No w kazdym razie, w tym roku jest to zespol Amaru i ci napisali dla Chacaltaya ze cztery piosenki!

W poniedzialek 13 czerwca byl 24-godzinny strajk transportowcow – ostrzegawczy, „glowny” strajk mial sie zaczac we czwartek 16, po czym zostal przeniesiony na nastepny poniedzialek, poniewaz transportowcy zdali sobie sprawe, ze w sobote miala byc Entrada de Gran Poder, no a przeciez fiesta jest wazniejsza od polityki: najpierw trzeba sobie potanczyc i popic, a strajkowac to sobie mozna na kacu. (Na tej samej zasadzie generalny strajk przeciwko wzrostowi cen benzyny w grudniu zostal wyznaczony na poniedzialek po Nowym Roku.... kocham to myslenie boliwijskie).

Powod strajku – dwa nowe a dosc sprzeczne ze soba prawa: z jednej strony legalizacja uzywanych samochodow z kontrabandy, a z drugiej zakaz, zeby samochody uzywane do transportu publicznego mialy wiecej niz 12 lat. Rzad zareagowal na grozbe strajku podobnie jak w grudniu – panika i ostatecznym cofnieciem ustaw (czy przynajmniej tej drugiej). Coraz wiecej ludzi sie zastanawia nad zawartoscia mozgownic ludzi otaczajacych Evo – ze on nie moze o wszystkim pomyslec, wszystkiego przewidziec, to jasne, ale od czego do jasnej ciasnej ma ministrow, doradcow i innych otaczajacych go darmozjadow???

Ze strajk zostal odwolany to sie dowiedzielismy dopiero w poniedzialek 20 czerwca. Wieczorem we srode 15 tak sobie siedzielismy razem z Sergiem, Sara, Pablem, Juana i nasza comadre Matilde (mama Maritzy i Nelly), sluchajac niedobrych wiadomosci w radiu, no i Sara patrzy na nas smutno i mowi, ze wyglada na to, ze miedzy strajkiem, ktory moze potrwac Bog wie ile, a fiestami w jakich bedziemy uczestniczyc, to chyba nie bedzie czasu na zadne wycieczki... (fiesty sa trzy: 18 czerwca slub Panqarow; 16 lipca Chacaltaya; i 24 lipca swieto sw. Jakuba w Kollasuyo).... Popatrzylismy na siebie, i Pablo rzucil: „jedzmy jutro rano do Soraty!”

No i pojechalismy :)

Spedzilismy w Soracie dwa dni, obzarlismy sie tropikalnych owocow, wygrzalismy sie, odnowilismy stare znajomosci i zrobilismy troche nowych, aaa, no i mnie, Juane i Matilde obzarly takie paskudne insekty, Mama mi podpowiada, ze po polsku nazywaja sie „meszki” – mniejsze od muszek owocowek, siadaja chmarami, nic sie nie czuje jak gryza i dopiero po kilku godzinach zaczyna puchnac i swedzic jak pieron. (Bo ja tez jak na inteligentna osobe przystalo, pomyslalam, ze w spodniach mi bedzie za goraco w Soracie i pojechalam w spodnicy, no wiec owszem, goraco mi nie bylo, ale za to teraz mam nogi w obrzydliwe czerwone ciapki).

Wrocilismy do Copacabany w piatek wieczorem, i nastepnego dnia wesele Panqarow! I jak my mamy z Juana tanczyc na weselu z nogami w ciapki???? W sobote jakos tanczylysmy, w zwiazku z czym nogi nam spuchly niepomiernie (ja to jeszcze nic, ale Juana to miala jakas alergiczna reakcje na to dziadostwo).... i w niedziele tanczylysmy dalej z nogami jak banie!! W dodatku Panqarowie zazyczyli sobie, tak samo jak Pablo i Juana, zebysmy w drugi dzien slubu przetanczyli ulicami Copacabany, od naszego domu do weselnego lokalu... pieknie musialam wygladac wiodoac korowod tancerzy razem z moim ahijado Juanem Panqaro, z tymi moimi nieszczesnymi czerwonymi spuchnietymi nogami!!!

No ale. Bawilismy sie swietnie, w poniedzialek nieco odzipu (i oddychajac z ulga, ze strajku jednak nie bedzie), we wtorek 21 o swicie wdrapalismy sie z niewielka grupka przyjaciol na szczyt Sillutani, tam Angel przygotowal i spalil wajta, po czym wrocilismy do domu, gdzie Juana czekala na nas z „niespodziewanym” tortem z okazji rocznicy naszego slubu. (Trudno o niespodzianke po paru latach, za kazdym razem Juana znajduje wymowke zeby nie towarzyszyc nam na Sillutani, po czym oczekuje na nas z tortem i goraca czekolada!).

Popoludnie spedzilismy z roznymi compadres i comadres, przy czym odznaczal sie brak towarzystwa „starych” compadres: Eusebio odwiedzil nas raz ze dwa tygodnie temu, ale stosunki z nim ochlodzily sie jeszcze w 2008 z powodu Cundisy (on jest dobrym politykiem, wie w ktora strone wiatr wieje, i nasze wiatry bylyby niepomyslne dla jego kariery). Antonio dalej slepnie, ale jestesmy w stalym kontakcie z jego bratem Dionisio. Natomiast co do reszty – Saturnino i Antonia, Celestino, Marga – to nie do konca wiemy czy sie za cos na nasobrazili czy co, nie widzielismy ich od sierpnia ubieglego roku,wiedzieli ze przyjechalismy w grudniu i nie odwiedzili nas, ani naslubie Pabla i Juany sie nie pojawili ani nic... Jakby cala rodzina zapadla sie pod ziemie. Slyszelismy plotki, ze nasi ahijados Raul (syn Saturnino, brat Margi) i Yovana sie rozeszli, moze dlatego Saturnino i Antonia wstydza sie pojawic. Marga ma wieczny problem w postaci swojego meza, ale jakos nigdy czesniej jej to nie przeszkadzalo zeby nas przywitac... Natomiast Celestino jak sie zdaje nadal jest zwiazany z mama Pabla, co jest kazirodczym skandalem, poniewaz Celestino jest padrino od jej slubu, co moze wyjasniac dlaczego on boi sie z nami rozmawiac!

Uch. To by bylo na tyle z Copacabany ziemi niesnasek, plotek i skandalow,

Usciski,

Stasia SC

_________________
Umysl jest jak spadochron - lepiej dziala, kiedy jest otwarty.


Na górę  || 
 Wyświetl profil My Galeria Zdjęć  
 
Bot Reklamowy Reklama
 
Na górę
Stasia
 Tytuł: Boliwia 2011
Źródło:
PostWiadomość wysłana.: 12 lipca 2011 16:30 
Offline
User

Rejestracja: 13 listopada 2006 18:38
Posty: 388
Płeć: Kobieta
Boliwia 23 czerwca – 10 lipca 2011-07-10

Witajcie!

No wiec, bedziemy miec kolejnych ahijados (ech, mnozy sie to-to sie jak kroliki!).

Najpierw, 23 czerwca – w wigilie Swietego Jana – jest taki zwyczaj, ze sie zapala ogniska tudziez podpala wzgorza. (Prawdopodobnie ze wzgledu na niska zawartosc tlenu w powietrzu, podpalanie traw na wzgorzach nie powoduje pozarow – pali sie jeden krzak czy kepka trawy, po czym ogien zdycha smiercia naturalna). No wiec najpierw zrobilismy male ognisko w naszym ogrodzie, a potem pojechalismy (samochodem, bo na piechote to ponad pol godziny by bylo) do naszych ahijados Panqaros. Wchodzimy na ich podworko, a tu wylatuje jedna dziewczynka, obejmuje nas oboje i krzyczy: „Padrinos!”. Pomyslalam, ze cos nie tak, bo przeciez Panqaros maja samych synkow, skad ta dziewczynka?! Co sie okazalo: podczas wesela Panqarow przyuwazyla nas i „zakochala sie w nas” 7-letnia coreczka kobiety, ktora pomagala w kuchni. Dziewczynka ma na imie Vanessa, jej ojciec porzucil rodzine kiedy miala zaledwie 1 miesiac. Jej mama Julia, sasiadka i przyjaciolka Panqarow, obdarzyla nas ziemniakami, oka, i serem wlasnego wyrobu – no i jakze tu odrzucic?... No wiec przyjelismy i uzgodnilismy, ze chrzest Vanessy odbedzie sie w Kollasuyu podczas fiesty Santiago.

Nastepnego dnia odwiedzili nas Panqarowie, Julia i Vanessa – tak sobie siedzielismy i gwarzylismy, jedlismy (przyniesli obiad) i pilismy, az tu – kolejna wizyta: Clemente i Isidora, ich corka Valeria, jej chlopak Edson i jego rodzice. Nie wiem czy pamietacie, ale w grudniu zostalismy zaproszeni na obrzed proszenia o reke Valerii – no wiec teraz, czas na formalne zaslubiny Valerii i Edsona. Slub ma sie odbyc w 2012 (rok parzysty), no i mlodzi chca zebysmy byli padrinos.... No i znowu – jak tu odmowic takiemu serdecznemu przyjacielowi jak Clemente?! Przyjelismy, i Sara przyjela tez tytul „madrina de torta” (czyli ma kupic tort, czy scislej zestaw 16 tortow weselnych; jest to wykonalne poniewaz planuje przyjechac rowniez w przyszlym roku, jako ze prace doktorska bedzie robic n/t naszych kosci).

W niedziele 26 czerwca skoczylismy z Sergiem do Yunguyo, odwiedzic znajomych no i podbic paszporty (na lotnisku w El Alto wbito nam wize tylko na 30 dni). Nastepnego dnia wrocilismy do Copacabany (uprosilismy znajomego na granicy, zeby wbil nam wize na 60 dni, coby miec spokoj juz do konca), i stamtad do El Alto. W El Alto oficjalnie wpisalismy sie na liste tancerzy grupy Chacaltaya, zaplacilismy za stroje i matraki (matraca to taka grzechotka, obowiazkowa czesc wyposarzenia tancerzy tanca morenada), no i zostawilismy namiary u krawcow – dlugosc/szerokosc w pasie pollery dla mnie i Sary (nic nie wyszlo z tego „Palla de Chacaltaya”, ale zdecydowala sie i tak tanczyc), i namiary na garnitur dla Sergia (Entrada trwa dwa dni, pierwszego dnia faceci tancza w specjalnych kostiumach, a drugiego w garniturach).

Tego samego wieczoru wrocilismy do Copacabany (jako jeden z ostatnich samochodow przekraczajacych ciesnine w Tiquina), zostalismy w Copacabanie do 30 czerwca, kiedy to znowu pojechalismy do La Paz – tym razem by uczestniczyc w ostatnich praktykach tanca przed tzw „Pre-Entrada” – takiej ostatniej probie generalnej przed wlasciwa Entrada.

We czwartek wieczorem odbyla sie ostatnia „practica”, czyli cwiczenie krokow tanecznych w lokalu. Bylo zimno jak pieron, nikt nie chcial wychylic nosa z lokalu na podworze, w zwiazku z czym kobiety musialy czekac pod sciana kiedy cwiczyli faceci i vice versa (morenada to taniec gdzie kobiety tancza osobno a mezczyzni osobno), wiec za wiele to sobie nie pocwiczylismy. O ile kroki mezczyzn sa dosc proste, o tyle kobiety wykonuja serie oborotow, polobrotow i krokow w rozne strony.

Prawdopodobnie jest to wlasciwe miejsce by wyjasnic, skad sie bierze taniec morenada, a zwlaszcza skomplikowany stroj meski – prawda jest taka, ze nikt nie byl w stanie dac nam zadawalajacej odpowiedzi. Pewne jest to, ze jest to taniec kolonialny – ani indianski, ani hiszpanski, lecz narodzony z roznych przeplatajacych sie tradycji. Najladniejsza wersja glosi, ze taniec ten przedstawia trud i udreke murzynskich niewolnikow, ich droge do kopalni (co by wyjasnialo stereotypowe rysy twarzy przedstawione na meskich maskach, ale niekoniecznie reszte stroju). Obowiazkowymi postaciami w morenada sa: señores morenos, czyli faceci tanczacy w tych dziwnych kostiumach; Achachi, ktory kieruje ruchem meskich tancerzy; cholitas, czyli kobiety w standardowych mantach i pollerach; cholas paceñas, czyli kobiety w strojach Metysek z XIX wieku (z tegoz stroju wywodzi sie wspolczesny stroj cholitas); i wreszcie chinas, czyli panienki w wyjatkowo krotkich spodniczkach.

Po tej dygresji wracajac do sprawozdania – piatek 1 lipca uplynal pod znakiem sniegu, i to w stosunkowo duzych ilosciach (szczyt Chacaltaya, gdzie niegdys byl lodowiec, byl bialutki pokryty sniegiem, i w La Paz i El Alto prawie caly czas padal snieg, choc szybko topnial). Z Sara i comadre Elsa spedzilysmy trzy godziny w kolejce po manty, bluzki i buty (pollery byly szyte gdzie indziej) – tak to jest jak sie dolacza do grupy ktora liczy blisko 2000 uczestnikow!! Kiedy wreszcie dotarlysmy do poczatku kolejki, jak przymierzylam buty to mialam pretensje ze byly za duze – wcale nie byly za duze, tylko stopy mi sie skurczyly z zimna!!!

Tego samego wieczoru byl ostatni ensayo, czyli proba generalna juz nie w lokalu, tylko idac ulicami miasta. Jak juz tanczylismy, zaczal padac snieg, coraz wiekszymi platami – nagle muzyka za nami sie zmienila, zamiast morenady uslyszalysmy huayño, kobiety chwycily sie za rece i ruszylysmy biegiem w strone koncowego punktu marszu!!! (To samo zreszta zrobili faceci tanczacy za orkiestra).

W sobote 2 lipca – Pre-Entrada. Te manty, buty i bluzki, po ktore stalysmy w przeddzien w kolejce byly wlasnie na ta okazje – jakie beda stroje na wlasciwa Entrade, ba, nawet jakiego koloru, to w dalszym ciagu wielka tajemnica (zarowno pre-Entrada jak i wlasciwa Entrada to pokazy mody, nikt nie chce, zeby wiedziano zawczasu co sie pokaze, nie?). Podczas Pre-Entrada nosi sie ubiory, w ktorych ponownie bedziemy tanczyc w drugi dzien parady (a wiec mezczyzni w garniturach, a nie strojach moreno). Dla cholitas – zielone polleras, takiez bluzki, zolte manty z zielonymi akcentami i podobne buty, i bezowe kapelusze; dla señores morenos – bezowe garnitury. Szlismy tanczac alejami El Alto – teoretycznie powinnismy byli tanczyc te kroki, ktore cwiczylismy we czwartek w lokalu, ale ze nie pocwiczylismy za wiele ani we czwartek, ani w piatek, wiec zamiast tego szlismy tanczac tylko krok podstawowy -- coby widzowie parady nie smiali sie na widok naszych pomylek! (Podobno rzucaja skorkami od pomaranczy jak popelnia sie pomylki).

Tanczylismy okolo dwie i pol godziny, po czym dotarlismy do naszego lokalu – tam to bylo juz wiecej picia niz tanczenia, wiec zmylismy sie dosc wczesnie.

Nastepnego dnia wrocilismy do Copacabany, i to sprawozdanie naprawde jest juz za dlugie, wiec na tym je zakoncze.

Usciski,

SSC

_________________
Umysl jest jak spadochron - lepiej dziala, kiedy jest otwarty.


Na górę  || 
 Wyświetl profil My Galeria Zdjęć  
 
Stasia
 Tytuł: Boliwia 2011
Źródło:
PostWiadomość wysłana.: 06 sierpnia 2011 1:17 
Offline
User

Rejestracja: 13 listopada 2006 18:38
Posty: 388
Płeć: Kobieta
Boliwia 3-24 lipca

Witajcie!

Poczatek lipca uplynal spokojnie. We srode 6 i czwartek 7 lipca odwiedzilismy wspolnote Khellay Belen, gdzie pomagamy w budowie nowej kanalizacji – stare rury juz przeciekaja i woda nie wszedzie dociera.

We wtorek 12 lipca znowu do La Paz – zostalismy az do niedzieli (zatrzymalismy sie u naszych compadres Claudio i Elsy). We wtorek – ostatnia proba generalna przed entrada (poszlo dosc kiepsko, ale przynajmniej ja i Sara nauczylysmy sie krokow, czego nie mozna powiedziec o wiekszosci uczestniczek – z nasza comadre Elsa wlacznie).

Nastepny dzien spedzilismy stojac w kolejce po stroje na glowny dzien parady (wlacznie ze strojami moreno dla facetow). Tkwilismy w kolejce od 10 przed poludniem do 6 wieczorem, jedna kolejka dla kobiet, druga dla mezczyzn. To dalo nam okazje do nawiazania znajomosci z przed- i za- stojacymi, no i do narzekania na damskie stroje: 1) ze podszewka pollery jest za ciemna, co strasznie sciemnia kolor pollery (nie bylo az tak zle, ale fakt, ze moze nieco ladniej by wygladala z biala podszewka); 2) ze manta jest niewlasciwa dla tej pollery, bo ma za duzo czerwonych akcentow (jak na moj gust to byla OK); ze kapelusz jest zle skombinowany z manta i pollera (fakt, ja zamiast szarego uzylabym brazowego); ze buty sa brzydkie (nie byly az tak zle); no i ze bluzka to rozpacz w kropki (z czym sie zgadzam w 100%, bluzki byly tragiczne, takie a la Swiety Mikolaj). Okazuje sie, ze takie ogolne narzekanie calkiem przyzwoicie skraca czas ;) ale tez czas oczekiwania wydluzalo to, ze prawie wszystkie ze 1100 kobiet powtarzalysmy nasze skargi przed komisja rozdzielajaca stroje!!

Nastepnego dnia zajmowalismy sie ostatnimi przygotowaniami do parady – jak czyszczenie kapeluszy i wypozyczanie ozdob. Ozdoby to mus, bo kazda cholita na paradzie musi sie swiecic jak choinka. Za ok 10 dolarow mozna wynajac caly komplet: kolczyki, zapinke do manty i ozdobe kapelusza, wszystko ze srebra (na ogol pozlacane, ale na pierwszy dzien parady wypozyczylam bez pozloty, uznajac, ze srebro ladniej wyglada ze srebrzysta manta i szarym kapeluszem), i za kolejne 5 dolarow kilka pierscionkow, no bo zwyczaj kaze miec po trzy pierscionki na kazdej rece. (Niektore dziewczeta maja po piec pierscionkow, kazdy polaczony lancuszkiem z branzoletka).

Zadzwonilismy tez do Copacabany i okazalo sie, ze w Copacabanie byla jednodniowa blokada drogi wyjazdowej do La Paz, przy czym po dzis dzien nikt nie wie z jakiego powodu. Moze z samej radosci blokowania. Ot uroki Copacabany.

Piatek 15 lipca – centralny dzien parady. (Tak, wiem, parada nazywa sie 16 de Julio, a nie 15 de Julio, ale glowny dzien to wlasnie 15). Oczywiscie trafilismy do El Alto za pozno (dostac sie gdziekolwiek na czas z naszymi compadres Claudio i Elsa jest praktycznie niemozliwe), Chacaltaya juz zaczela paradowac, dogonilismy ich juz na trasie, wlaczylismy sie do grupy (pocieszajac sie tym, ze nie bylismy ostatnimi uczestnikami ktorzy sie dolaczyli, byli tez inni spoznialscy).

Przetanczylismy jakies 3-4 godziny. Comadre Elsa – tanczy w Chacaltaya juz 7 lat, i w dalszym ciagu nie nauczyla sie tanczyc morenady ;) co chwile mylila kroki. Mnie i Sarze szlo niezle, Sara byla na skraju pochodu, ja bylam druga z brzegu. Ludzie zwracali uwage glownie na Sare (mnie sie udalo jakos bardziej „wtopic w tlum”), i jej przyklaskiwali, przy czym Sara zauwazyla, ze, niestety, to bylo troche tak jak sie przyklaskuje podczas olimpiad dla niepelnosprawnych – nie dlatego, ze dobrze im idzie, tylko za wysilek, z odrobina wyzszosci i politowania ;) Z drugiej strony, niezaleznie od tego czy oklaskiwano tylko ja czy nas obie, to awansowalysmy z „gringas” (obcokrajowcow) na „choqas” (biale Boliwijki). Nawiasem mowiac, bylysmy prawdopodobnie najbardziej bladymi twarzami nie tylko w samej paradzie (liczacej 60 grup reprezentujacych rozne tance), ale w ogole na ulicach El Alto – o ile jest wielu turystow wsrod widzow parad w La Paz, o tyle Entrada 16 de Julio to spektakl przez i dla Indian/Metysow z El Alto.

Pod koniec parady dotarlismy do podium z waznymi osobistosciami – teoretycznie, tam powinnismy dac najlepszy pokaz naszej choreografii, w praktyce ciut nam nie wyszlo. Nasze przewodniczki chyba za bardzo przyspieszyly, w zwiazku z czym w pewnym momencie przestalysmy slyszec nasza orkiestre – zamiast tego, slyszalysmy dzwieki orkiestry poprzedniej grupy, tanca kullawada. Niektore kobiety w ogole przestaly tanczyc, inne zaczely tanczyc kullawade, inne probowaly ruszac sie w rytm morenady (patrzac na ruchy kobiet z tylu, ktore jeszcze slyszaly nasza orkiestre) – koniec koncow, musialo to wygladac naprawde zalosnie. Wszystkie grupy byly oceniane pod wzgledem choreografii, nie wiem kto wygral ten konkurs, ale na pewno nie Chacaltaya! (Grupa wygrywajaca konkurs w nastepnym roku bedzie tanczyc na samym poczatku parady; Chacaltaya w tym roku byla grupa numer 35, w przyszlym roku bedzie pewnie na szarym koncu).

Sobota 16 lipca – tzw. „Diana”, czyli drugi dzien tanca. Mezczyzni zwrocili juz swoje wypozyczone stroje morenos, i tanczyli w garniturach, kobiety – w strojach z „Preentrada”. Oczywiscie, znowu dotarlismy na miejsce spotkania za pozno, kiedy dogonilismy nasza grupe, okazalo sie, ze i tak bylismy wczesnie – inni uczestnicy tez dopiero docierali. Znowu przetanczylismy ulacami El Alto, ale trasa byla znacznie krotsza, jako ze Diana ma znacznie wiecej wspolnego z chlaniem niz z tanczeniem. (Teoretycznie, powinnismy byli isc w ten dzien do kosciola, jako ze cala ta parada jest ku czci Matki Boskiej... w praktyce, jedynym religijnym akcentem byla obecnosc figury NMP pod koniec trasy parady). Po paradzie to bylo glownie picie w lokalu, gdzie bylismy podzieleni na „bloques” czyli mniejsze grupki/bloki; lokal byl tez tak podzielony, ze byly odrebne sale taneczne z roznymi zespolami muzycznymi. Nasz blok nazywa sie „Siempre Compadres”, czyli „Zawsze Compadres”, ale z Sergiem i Sara zdradzilismy go i poszlismy tanczyc do innego, bo nasz to tanczyl z zespolem villeras, a temu innemu to przygrywal zespol folklorystyczny Awatiñas. W nagrode wszyscy troje dostalismy szaliki z nazwa tego innego bloku („Porvenir”), a Sara to dostala co najmniej piec propozycji malzenstwa (nawet bez widzenia „narzeczonego”: jedna kobieta to usilowala jej wcisnac swojego nieobecnego syna, ktory ma 28 lat, jest ponoc wysoki, bogaty i ma dom w miejscowosci Puerto Perez!!!!!).

Nastepnego dnia wrocilismy do Copacabany, i od poniedzialku 18 lipca musielismy odwrocic nasze kroki taneczne o 180 stopni – przyjechal instruktor tanca z Cuzco, musielismy szybko zapomniec morenade i uczyc sie krokow tanca qoyacha z Paucartambo (Cuzco). Jeszcze w zeszlym roku zdecydowalismy wrocic do Kollasuyu z kolejnym tancem z Cuzco – jest taki zwyczaj, ze jak sie tanczy to trzeba tanczyc trzy lata pod rzad, wiec w zeszlym roku tanczylismy w Kollasuyo taniec qorilazo z kuzkenskich wyzyn, w tym roku wybralismy (wspolnie z tanczerzami z zeszlego roku) taniec qoyacha z jednej z dolin Cuzco, i w przyszlym roku bedziemy tanczyc po raz trzeci i ostatni, albo wracajac do qorilazo albo wybierajac inny, nowy taniec.

Taniec qoyacha ma bardzo skomplikowana choreografie, ale szczesliwie instruktor mogl pozostac dluzej, pojechal z nami do Kollasuyo i tanczyl razem z nami.

Przez nastepny tydzien szlifowalismy taniec qoyacha, w piatek 22 lipca dotarly stroje taneczne (wypozyczone w Cuzco), a w sobote przyjechali muzycy z Cuzco – z grubsza ten sam zespol co w zeszlym roku. W sobote po poludniu ruszylismy do Kollasuyo (tym razem nie zrobilismy parady ulicami Copacabany, lecz pojechalismy od razu do Kollasuyo). W Kollasuyo zrobilismy pokaz Qoyacha, i nasi compadres Dionisio i Angelica – tegoroczni pasantes – rowniez zorganizowali grupe taneczna, morenade, tak ze tanczylismy i qoyacha, i morenade, i huayños, i villeras, wszystkiego po trochu.

W niedziele 24 lipca tanczylismy dalej, jak rowniez bylismy z Sergiem padrinos od chrztu Vanessy, tej dziewczynki co nas wybrala podczas wesela Panqarow. W niedziele po poludniu wrocilismy do Copacabany, z muzykami i wszystkimi naszymi tancerzami.

I to by bylo na tyle, jak na razie: kolejne i ostatnie tegoroczne sprawozdanie bedzie zdominowane przez Feria de Copacabana.

Usciski,

Stasia SC

_________________
Umysl jest jak spadochron - lepiej dziala, kiedy jest otwarty.


Na górę  || 
 Wyświetl profil My Galeria Zdjęć  
 
Stasia
 Tytuł: Boliwia 2011
Źródło:
PostWiadomość wysłana.: 15 października 2011 4:26 
Offline
User

Rejestracja: 13 listopada 2006 18:38
Posty: 388
Płeć: Kobieta
Witajcie,

Oto bardzo-bardzo-bardzo spoznione ostatnie sprawozdanie z Boliwii :) Na moje usprawiedliwienie: po powrocie do Michigan zatopilismy sie z Sergiem w tysiacu rzeczach do zrobienia - korzystajac z dlugiej dobrej pogody zrobilismy powazna rewolucje w ogrodku, no i poza tym byly rozne sprawy na uniwersytecie, wlaczajac jednodniowy strajk profesorow :) (jednodniowy bo strajk zostal sadownie zakazany, ale w dalszym ciagu uczestniczymy w marszach protestacyjnych i takich tam)!!!

No ale wracajac do Boliwii :)

Ostatnie sprawozdanie zakonczylam na obchodach swieta Sw. Jakuba w Kollasuyo. W poniedzialek 25 lipca poplynelismy lodzia na nieslawne copacabanenskie wyspy plywajace (czy ja juz pisalam kiedys, ze zostaly usprawnione? Pierwsze wyspy, zrobione kilka lat temu, plywaly na styropianie, i to jakos powodowalo szybki rozklad/smierdzenie trzciny, wiec teraz robia takie tratwy drewniane, z wierzchu posypuja je trzcina, a pod spodem przyczepiaja plastikowe butelki po napojach, i jakos to lepiej sie trzyma). Wybralismy sie wielka banda - muzycy i goscie z Cuzco, no i nasi compadres Claudio i Elsa (z Chacaltaya) oraz Sabino i Julia (kuzynka Elsy), ktorzy tez przyjechali na obchody Santiago do Kollasuyo.

We czwartek 28 lipca odwiedzil nas pan posel Lucio Huaycho - w sumie to juz stracilismy nadzieje, ze gadanie z politykami cokolwiek da, ale chcemy miec wrazenie, ze robimy co mozemy zeby uratowac Cundise przed totalnym zniszczeniem. Jak wszyscy inni politycy przed nim, byl pod wielkim wrazeniem, po czym sie pozegnal i tyle o nim slyszelismy.

Wiadomosci z Peru - 28 lipca (swieto niepodleglosci) Ollanta Humala objal rzady jako nowy prezydent. Mamy co do niego lekko mieszane uczucia - z jednej strony, przedstawia sie jako wielce pro-indianski i generalnie Evo-podobny, z drugiej - ma troche bialych plam w zyciorysie. Jedna plama pokrywa jego stosunki z Vladimiro Montesinos (szef tajniakow z czasow Fujimoriego): niewykluczone, ze Humala pomogl Montesinosowi zwiac z kraju kiedy ziemia zaczela mu sie palic pod nogami. Druga biala plama pokrywa studia Humali w oslawionej School of the Americas (obecnie ukrytej pod nazwa "Western Hemisphere Institute for Security Cooperation"), amerykanskiej instytucji szkolacej latynoamerykanskich terrorystow, dyktadorow, tajniakow, sledczych i tym podobnych sadystow - ale tych prawicowych, nie lewicowych, wiec Humala albo jest agentem USA, albo byl agentem peruwianskiej lewicy w SOA (malo prawdopodobne, na pewno dobrze sprawdzaja kogo tam przyjmuja), albo doznal jakiegos oswiecenia i poglady mu sie zmienily. (Montesinos, oczywiscie, tez jest absolwentem tej szkoly).

W sobote 30 lipca pojechalismy do La Paz, obejrzec Entrada Universitaria. Zdalismy sobie sprawe z tego, ze zmusilismy Sare do tanczenia w paradzie zanim miala okazje zobaczyc jedna jako widz - w zeszlym roku wyjechala przed Entrada Universitaria, wiec dopiero teraz zobaczyla jak to jest siedziec wygodnie, uwaznie obserwowac i surowo oceniac tancerzy, a nie ledwo zipac starajac sie utrzymac rowny krok ;)

1 sierpnia - urodziny Karen, jak zwykle swietowalismy uczta z pieczonego prosiaka, i wieczorem spalilismy ofiare dla Pacha Mama, ale wczesniej mielismy maratonskie spotkanie z liderami wiosek w ktorych kopalismy: spotkanie trwalo ponad piec godzin, ale doszlismy do zgody i zarysowalismy plan dzialania na najblizsze lata.

2 sierpnia zostalismy zaproszeni do wioski Viluyo, pojechalismy z Sergiem, Sara, Teresa z Cuzco, Angelem i jego zona. 2 sierpnia to Dzien Rolnika, a wiec bylismy swiadkami tancow ludowych przedstawionych przez dzieci, a potem uroczystej parady wszystkich mieszkancow wioski (poniewaz wszyscy maszerowali, wiec my w szostke bylismy jedynymi widzami oklaskujacymi przechodzacych). Potem chcielismy sie szybko wywinac i uciec do Copacabany, ale nas przekonano zebysmy zostali zobaczyc "corrida de toros".

Musze przyznac, ze ja i Sara mialysmy dusze na ramieniu - bycie antropologiem otwartym na roznice kultorowe to jedno, ale bycie swiadkiem krwawej walki bykow... to jakos nie to samo...

... koniec koncow, nie bylo sie czego bac, przez wieksza czesc "corridy" kwiczalysmy ze smiechu. Na arene niechetnie wchodzily flegmatyczne copacabanenskie byki i krowy (krowy byly nieco bardziej odwazne, moze byly zdenerwowane, ze sie je oddzielilo od cielakow), patrzace tylko jak z tej areny uciec z powrotem na pastwisko. Wokol danego byka czy krowy przez chwile tanczylo trzech podchmielonych "toreadorow", przy czym byki na ogol unikaly starcia, a krowy dawaly sie nabrac i wreszcie szarzowaly, toreador uciekal na plot, a krowy wracaly do poszukiwania drogi na pastwisko. Po kilku minutach zwierze bylo wypuszczane, i nowa "ofiara" byla wprowadzana. Zadnej krwi, zadnej smierci :)

Nastepne dni - Feria de Copacabana, totalne szalenstwo: dziesiatki tysiecy pielgrzymow, setki samochodow do blogoslawienia, zatrzesienie kramow sprzedajacych wszystko od szczoteczek do zebow po powodzenie w milosci... no i glowna atrakcja, czyli sztuczne ognie - niestety lekka mzawka chyba uszkodzila/zamoczyla proch, bo nie byly az tak piekne jak pamietamy z innych lat.

W niedziele 7 sierpnia wizyta z Cuzco - Edwin brat Sergia i Mery, przyrodnia siostra. Nastepnego dnia razem z nimi pojechalismy do Qopakati,na spotkanie ze wspolnota. 9 sierpnia mielismy kolejne spotkanie z autorytetami wiosek gdzie kopalismy, i kolejne dni - to juz bylo pakowanie sie i zalatwianie ostatnich spraw przed wyjazdem. Odwiedzil nas niejaki Claudio Soraide, nigdy wczesniej o nim nie pisalam, ale to taki facet z powiedzmy "klasy sredniej" w Copacabanie, pomagal nam w sprawie Cundisy jeszcze od 2008. Uprosil nas zebysmy byli padrinos od "quinceanera" swojej corki. W "wyzszych sferach" latynoamerykanskich 15 urodziny dziewczynki to taki ryt przejscia - przypuszczam, ze wywodzi sie z czasow kiedy to panienka dorastala by ja wydac za meza, wiec nalezalo zrobic wielka fieste i przedstawic wszystkim mozliwym konkurentom ;) Nigdy nie slyszelismy zeby ktos prosil padrinos od "quinceanera", ale najwyrazniej Claudio Soraide naprawde chce zebysmy byli jego compares i nie mogl znalezc lepszego powodu :) A ze to postac wazna w Copacabanie, wiec lepiej miec go za przyjaciela niz wroga...

Quinceanera bedzie w grudniu... wiec w grudniu wracamy do Boliwii, nie tylko po to zeby zostac compadres pana Soraide, ale rowniez zeby dalej sie handryczyc w sprawie Cundisy i innych miejsc wykopalisk.

To tyle na razie, w grudniu bedzie ciag dalszy,

usciski,

Stasia SC

_________________
Umysl jest jak spadochron - lepiej dziala, kiedy jest otwarty.


Na górę  || 
 Wyświetl profil My Galeria Zdjęć  
 
Wyświetl posty nie starsze niż:  Sortuj wg  
Nowy temat Odpowiedz w temacie  [ Posty: 4 ] 

Strefa czasowa UTC+1godz. [letni]


Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 2 gości


Nie możesz tworzyć nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz dodawać załączników

Przejdź do:  
Technologię dostarcza phpBB® Forum Software © phpBB Group
Chronicles phpBB2 theme by Jakob Persson. Stone textures by Patty Herford.
With special thanks to RuneVillage