Witajcie kochani!
31 maja wyjezdzamy znowu do Boliwii, a poniewaz bedziemy baaardzo zajeci, i zaloze sie, ze znacznie sie opoznie ze sprawozdaniami, wiec postanowilam wyslac pierwsze sprawozdanie zawczasu, wprowadzajac Was w klimat bagna, w jakim bedziemy tkwic po uszy.
W skrocie, wisza nad nami dwa zasadnicze problemy: fiesta w Kollasuyu i problemy w UNAR (Narodowa Jednostka Archaeologiczna). O Kollasuyu pisalam w ostatnim sprawozdaniu z zeszlego roku (dostepne tu na forum http://www.indianie.info/viewtopic.php?f=32&t=1479 oraz - ze zdjeciami - na www mojej Mamy http://romilita.w.interia.pl/Boliwia_2009.html), wiec nie bede sie powtarzac o co chodzi.
W kazdym razie, poczas naszej nieobecnosci, Pablo sie zatroszczyl o sprowadzenie figury swietego Jakuba z Kollasuyu do naszego domu w Copacabanie. Swiety wzbudza tyle nabozenstwa wsrod naszych compadres i ahijados (przyszywanych krewnych), ze przychodza cale “pielgrzymki” i sufit w pokoju gdzie swiety sie znajduje ponoc jest juz czarny od dymu swiec. Dlaczego? Ano, musimy zawrocic do poczatku, czyli do XVI wieku. Swiety Jakub (Santiago) dla Hiszpanow to byl bardzo wazny swiety, czczony w Hiszpanii jako Pogromca Arabow (bardzo czesto sie go przedstawia z wlocznia na koniu, depczac lezacych Arabow). Hiszpanie sprowadzili kult sw. Jakuba w Andy, gdzie przeistoczyl sie z Pogromcy Arabow w Pogromce Indian - w zwiazku z czym przedstawia sie go depczacego pokonanych Inkow (figura z Kollasuyu rowniez przedstawia go na koniu, ale bez deptanych Indian). Zapytacie, dlaczego Ajmarowie mieliby czcic wlasnego pogromce?! Ano, kazda moneta ma dwie strony. Hiszpanie widzieli w Swietym Jakubie pogromce niewiernych. Inkowie natomiast olali hiszpanska interpretacje i skojarzyli go z Illapa, starozytnym bogiem gromu. I tak, do dzis, Swiety Jahub/Illapa i Matka Boska/Pacha Mama, jak Andy dlugie i szerokie, to najbardziej czczone postacie z chrzescijanskiego panteonu... a pod cienka sukienka katolickich swietych ukrywa sie prastara religia andyjska.
Niestety, jesli chodzi o inne przygotowania do fiesty, to jestesmy w lesie. A wiec, przyjezdzajac do Boliwii musimy: rozgladnac sie za kucharzami/kelnerami (mamy juz mniej-wiecej zapewnionych compadres, ale trzeba omowic szczegoly); rozgladnac sie za orkiestra (na dwa dni, jakies 15 osob); zadecydowac czy wejdziemy z grupa taneczna czy nie (jesli nie to mamy spokoj, jesli tak to musimy zwerbowac silna grupe ahijados, wybrac taniec, opracowac choreografie, i zamowic stroje); no i przygotowac zarcia jak dla pulku ulanow, no bo co prawda Kollasuyu jest niewielkie, ale Qhillay Belen (wspolnota Eusebio) jest o rzut beretem, no i zapowiadaja sie liczne wizyty z innych wiosek, jak rowniez Copacabany i Cuzco (ale prawdopodobnie nikt z La Paz, no bo kto z naszych znajomych k’aras/bialasow pojawilby sie na indianskich uroczystosciach). Dodatkowo, jako sponsorzy fiesty mamy obowiazek odprawic msze katolicka itd, ale mamy nadzieje rowniez odprawic jakies nieco bardziej tradycyjne obrzedy, otwarcie odwolujace sie do Illapy.
Aha. I nawet nie myslcie pytac mnie o koszt tego calego przedsiewziecia, bo i my nie mamy bladego pojecia w co sie ladujemy. Ale za to ile szacunku spolecznego zyskamy robiac fajna fieste... W kulturze andyjskiej bogactwo materialne nie ma znaczenia - dopiero wydajac to bogactwo urzadzajac wielka fieste dla mnostwa ludzi zyskuje sie powazanie w spoleczenstwie - im wieksza fiesta, tym wiekszy szacunek (a wiec czesto widzi sie ludzi, ktorzy sie zaharowuja na smierc, zeby potem wszystko wydac w 2-3 dni takiej sponsorowanej uroczystosci).
To tyle jesli chodzi o Kollasuyu. Natomiast UNAR... uch, troche ciezko mi o tym pisac, no ale coz. Zycie w Boliwii rozami usiane nie jest, i macie prawo znac rzeczy i dobre i zle. Jeszcze w lutym 2009 wspominalam, ze UNAR popadlo w chaos administracyjny po wejsciu w zycie nowej konstytucji. Od tamtego czasu, zmienil sie dyrektor UNAR juz dwa razy, wielu pracownikow wylecialo z hukiem, przyszlosc reszty znajduje sie pod wielkim znakiem zapytania, a balagan w archiwach maja najwyrazniej niepomierny. W zwiazku z tym, nowe wladze UNAR usiluja udowodnic ze cos robia, i czemu nie zrobic tego - na nasz koszt. W zwiazku z tym, od paru tygodni jestesmy ofiarami nagonki ze strony UNAR, naglosnionej przez prase boliwijska. Szczesliwie, UNAR nie zarzuca nam, ze spowodowalismy susze (jeszcze), ale za to: 1) kopalismy w Copacabanie bez niczyjego pozwolenia, ot tak z wlasnego widzimisie (wyslalismy do UNAR internetem listy jakie wyslalo nam Ministerstwo Kultur w lutym 2008 blagajac o wykopaliska, to ich zdziwilo); 2) nie przedstawilismy sprawozdania z wykopalisk (nie, w ogole... tylko wreczylismy takowe sprawozdanie wladzom lokalnym w Copacabanie, wladzom centralnym w La Paz, jak i UNAR, jak rowniez opublikowalismy podsumowanie w boliwijskim czasopismie archeologicznym); 3) zabralismy sobie wykopane przedmioty i nie chcemy ich oddac (eee.... lata temu nasz dom zostal uznany jako oficjalny sklad UNAR, no bo UNAR nie ma przeciez innego skladu w Copacabanie).
Przyjelismy wszystkie zarzuty ze spokojem, po czym zabralismy sie za skanowanie odpowiednich dokumentow (a wyszlo tego jakichs 100 stron, niech sie zadlawia) i wyslalismy je do nowej dyrektorki UNAR (to ona robi tyle szumu, tez mloda dziewczyna jest i chce sie wykazac przed swoimi zwierzchnikami), co do obiektow to powiedzielismy, niech biora wszystko, mamy sterty worow skorup itd, tyle tego, ze sami nie mamy juz gdzie tego skladowac. Niech tylko nam dadza jakis papior, ze bedziemy miec prawo analizowac te wszystkie zbiory. Dyrektorka dokumenty przelknela, do Copacabany przyjechala zobaczyc nasz sklad... oprowadzona przez Pabla, stwierdzila, ze panuje w naszym skladzie porzadek wiekszy niz w jakimkolwiek skladzie UNAR (!), i wrocila do La Paz, nie zabierajac ze soba ani jednego przedmiotu.
No wiec, w dalszym ciagu przegladamy szpargaly UNAR, od poczatku wspolpracy (1992, wczesniej Sergio i Karen kopali w Peru), zabieramy do Boliwii sterty dokumentow, wiec jakby co, to na kazdy nowy zarzut bedziemy miec odpowiedz. Ale zapowiada sie goraco - z jednej strony UNAR, z drugiej liderzy rolnikow, wciaz naciskajacy by zrownac nasze miejsce wykopalisk z ziemia i wybudowac tam rynek rolniczy (ponoc maja klasc kamien wegielny za pare dni, 27 maja)... bedzie ciekawie. Wyglada na to, ze nie bedziemy kopac przez te trzy miesiace, tylko sciubic w laboratorium.
To tyle na razie. Aha, jeszcze dwie rzeczy, ale to juz zapowiadajac na grudzien. Wrocimy do Boliwii pod koniec roku, z dwoch powodow: odbedzie sie wreszcie slub Pabla i Juany (najwyzszy czas, najstarszy z ich czworga dzieci bedzie mial juz jakies 12-13 lat), oczywiscie my bedziemy padrinos (swiadkami). Po drugie, pare miesiecy temu dostalismy serdeczna prosbe o to, zeby byc padrinos od matury w liceum w Copacabanie - zaakceptowalismy. Powazna sprawa, bedziemy miec jakichs 100 nowych ahijados (przyda sie, w niepewnym politycznym klimacie im wiecej poplecznikow tym lepiej).
No widzicie, jeszczesmy nie wyjechali do Boliwii, a takie dlugie sprawozdanie :)
pozdrowienia jeszcze z Michigan,
Stasia



