 |
| Muzeum internetowe |
Rejestracja: 29 grudnia 2007 16:44 Posty: 608 Lokalizacja: Szumiąca Woda Płeć:
|
oldshatterhand napisał(a): To oczywiste , że Karol May utożsamiał się z głownym bohaterem swoich powieści. Stąd większość jego książek pisana jest w pierwszej osobie, jak opowieść głownego bohatera. Zawsze ta forma bardzo mi się podobała. Druga sprawa, to że imię Old Shatterhanda brzmi Karol, co nasuwa jasne skojarzenie. W książkach z cyklu Azji Mniejszej imię bohatera(zresztą tego samego) brzmi Kara ben Nemzi czyli Karol z Nemców... W jednej z książek Old Shatterhand podaje fałszywe nazwisko "März" jako swoje (też nazwa miesiąca, też krótka i na tę samą literę). Ponadto słyszałem, że May przybił na swoich drzwiach tabliczkę z napisem "Karol May, zwany Old Shatterhand".
Cytuj: miło zobaczyć , że jeszcze ktoś czyta Maya. Ostatnio właśnie się nad tym zastanawiałem, bo z moich znajomych tylko ja i jeden mój przyjaciel czytaliśmy Winetou.. Ostatnio przeczytałem jego książki po raz pierwszy od wielu lat. I widziałem w nich zupełnie co innego, niż wtedy, gdy je czytałem po raz pierwszy...
Szamański napisał(a): Nawet można powiedzieć że zachecają do zainteresowania się indiańską kulturą i historią. Tutaj pojawia się jednak problem. Gdy już potem chcemy dowiedzieć sie czegoś naprawdę o Indianach to bardzo trudno pozbyć się tym Mayowskich głupot z głowy. Świat i zwyczaje tam przedstawione niewiele mają wspólnego z prawdą. Człowiek czyta potem już poważniejsze opracowania a i tak co i rusz z jakiegoś zakamarka mózgu wyskakuje jakiś bzdurny stereotyp z dzieciństwa. Dlatego miałem dużą zagwozdkę czy dawać swemu dzieciakowi do czytania Maya. Nie dalem. Uznałem że lepszy będzie Szklarski lub Okoń. Dzieciak mętliku w głowie nie ma, ale i zdecydowanym indianistą nie został.  Może trzeba było dać Maya.  To niestety prawda, May opisuje to wszystko tak szczegółowo, że zdaje nam się, że nie może się mylić. Ale do tych bzdurnych stereotypów też można podejść racjonalnie i naukowo. Ja niedawno zacząłem rozumieć, że duża ich część nie dotyczy po prostu Indian, lecz... Niemców. To są po prostu idealistyczne wyobrażenia niemieckie, przeniesione za ocean.
Ja jakoś nigdy nie miałem problemu z bzdurnymi stereotypami - a to dlatego, że pierwszą moją książką o Indianach było "Złoto Gór Czarnych", nie książki Maya. I jak już tego Maya czytałem, to zaraz włączała mi się lampka: "Jak to? Przecież u Szklarskich Dakotowie byli dobrzy, a tutaj są źli?" - i w związku z tym nie podchodziłem do Maya bezkrytycznie. Którą to metodę polecam wszystkim tym, którzy nie chcą nabijać dzieciom głów głupotami z jednej strony, a z drugiej - nie chcą rezygnować z książek Maya, jako wyjątkowo skutecznie zachęcających do zainteresowania się tematyką indiańską. A tak na marginesie, proponuję rozmawiać z dziećmi o książkach, które czytają. Wtedy nawet, jeśli nie zauważają takiego problemu, można zwrócić na niego ich uwagę.
Sekwoia napisał(a): Najbardziej pasuje mi tutaj Cochise. Tyle, że on był z odłamu Chiricahua. A wiesz, że ja też na to wpadłem? O Cochise wiadomo, że był zwolennikiem pokojowego współżycia Indian z Białymi. Był też ponadto człowiekiem światłym, co rzuca się w oczy w wypadku Winnetou. Cochise zamiast dać swojego ojca leczyć jakiemuś szamanowi, zawiózł go do znanego meksykańskiego lekarza - i pogroził temu lekarzowi, co mu zrobi, jeśli kuracja się nie uda. Jeśli coś poplątałem, poprawcie. Tyle tylko, że wątpię, by Cochise włóczył się po świecie w poszukiwaniu przygód (czytaj: guza).
|
|
|